sobota, 19 marca 2011

nowonderland.

chmura pytajników nad głową nie da mi dzisiaj spać
wiszę na cienkiej nitce uczucia pośród twoich paranoi
wymykasz się spod mojej kontroli
spod swojej kontroli
wymykasz się
chmura pytajników zagęszczona do czarności
usilnie wydzierasz mnie za królicze uszy z ciepłej nieświadomości

przeklinam mówiąc że wolałam kiedy _ _ _ _ _ _ o n rządził tobą
ale bez niego nie wiem kim jesteś

piątek, 18 marca 2011

każdy ma swoją Francję?






!
!
!
!
!
!
!


can it be possible again?

czwartek, 17 marca 2011

your norm life, baby.



odbija się echem w mojej głowie
twój dzwonek telefonu

appendix 93.

moje serce podskakuje w takt zmienności jego nastrojów.

NAUCZĘ GO WSZYSTKIEGO OD NOWA.
- wspominam słowa snu z drugiego września

nie pytam za jaką cenę.

jestem już zmęczona tym że zawsze jestem zmęczona.


zimna kawa parzona razy dwa
słone paluszki z żółtej miski
do kawy nie na słodko
na słodycz czasu nie ma
paznokcie fuksjują na deszczowym tle
wczoraj zamarzłam na przystanku
dzisiaj zamarzam wewnątrz siebie
siwizna wychodzi na skroniach
farbowanego rudego lisa

klik

wtorek, 15 marca 2011

I'm just a girl you lost to cocaine.

track title: the girl you lost to cocaine
album title: some people have real problems
[sic!]

spacery.

- wiesz, odnoszę wrażenie że czasy w których to gołębie pocztowe roznosiły listy miłosne były o wiele lepsze. co ty masz z tej gry? lubi - nie lubi?
wiem. niektórych piosenek nie zamieszcza się bezkarnie. nie klika się bezkarnie lubię to pod wyjątkowo jednoznacznym statusem...
ale wiesz, niedługo można będzie kręcić seriale o tym jak to rozwijają się miłostki na fejsbuku. no i ja to polubiłam, a on polubił tamto, ale tego już nie, więc nie wiem co o tym myśleć?

- może masz rację. chociaż w naszym (och! jak to dumnie brzmi) wypadku pewnie i tak gołąb upuściłby niekompletnie zaadresowany liścik prosto pod moje stopy kiedy spacerowałabym kilka kilometrów od domu. co wtedy? skąd pewność że to słowa dla mnie? że to słowa od niego? że nie miał na myśli kogoś kto mieszka w tym domu z wielkim oknem pod którym właśnie bym stała. a co jeśli przez to okno zwisałby jasnowłosy warkocz a piegi deszczem posypały się na ulicę? skąd wiedziałabym że to dla krótkowłosej krótkonogiej rudej mnie?

- ech. N. jacy wy (tak, to brzmi tak dumnie) jesteście dziwni. a to pewnie nie koniec...

poniedziałek, 14 marca 2011

appendix 92.

znowu lubimy nasze statusy o miłości.
[sic!]

niedziela, 13 marca 2011

kiss me. it'll heal. but it won't forget.


when the heart guides the hand.

dopasowanie.

jesteś moją drugą połówką samotności.
idealnie dopasowani. + i -.

piątek, 11 marca 2011

coś się zmieniło bez wątpienia.

tsunami zalewa Japonię
polski złoty gwałtownie się osłabia
place zabaw zagrażają życiu dzieci
krakowski salon poezji jest poważnie zagrożony
fatalne wiadomości dla kierowców
ból piersi: powód do niepokoju
jej mąż nie żyje - ona ciągle do niego pisze
dla przyjemności zabili trzy osoby - 75-latkę zgwałcili
ale wpadka! Grochola w szortach na uroczystej gali
nieleczone ADHD zwiększa ryzyko depresji u dziecka
Kate Moss znów wywołała skandal
konserwanty zabijają powoli
paliwo droższe niemal o złotówkę - a to nie koniec

słucham Lou Reed'a - płyty New York
kocham cię jak nigdy dotąd
coś się zmieniło bez wątpienia
znów mamy sobie coś do powiedzenia

dziś
wieczorem
ja
ty
oko
w
oko

do galerii diabelsko uroczych niebieskookich dodaję...


– To co teraz, ha? Byłem ja, to znaczy Alex, i trzech moich kumpli, to znaczy Pete, Georgie i Jołop, a Jołop to znaczy po nastojaszczy Jołop, i siedzieliśmy w Barze Korova zastanawiając się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym, a wieczór był chujnia mrok ziąb zima sukin kot choć suchy.

środa, 9 marca 2011

appendix 91.

my memory is my best drug

wtorek, 8 marca 2011

poniedziałek, 7 marca 2011

appendix 90.

you should close your eyes
that blue is getting me high

czerwonousta.

nienawidzi tych dni kiedy nie ma komu powiedzieć dobranoc
dostała dziś minimalną dawkę słowa pisanego
czytała sobie na głos
żeby połknąć każdą samogłoskę
każdą spółgłoską podrażnić język i podniebienie
musi wystarczyć

niedziela, 6 marca 2011

sobota, 5 marca 2011

appendix 89.

my kobiety, wszystkie jesteśmy tylko akwarelową plamką.

airbag.

potężny łyk zimnego już herbogrzańca wydął jej policzki
popatrzyła na spoczywającą na dnie kubka torebkę
zmarszczona jak małża - pomyślała
dziś przypomniała sobie wszystkie kręgi jego kręgosłupa
był taki przeraźliwie chudy blady zimny
wiesz krążenie - westchnął siadając na zielonym kocu
odruchowo spojrzała w prawo jakby szukając go obok niej na kanapie
jej koc był jednak w kolorze fuksji
tętniący rumianym życiem
nie miał nic wspólnego z tym trupiozielonym jadem jakim otoczył ją wtedy.

chce pamiętać ale sobie nie przypominać
przełyka herbatę
jest spokojniejsza

piątek, 4 marca 2011

old fashioned morphine.

"Morfina działa na najważniejsze centra nerwowe, regulujące w naszym organizmie czynności tak zasadnicze, jak oddychanie, funkcje serca, obieg krwi itp. Gdy centra: te przywykną w ciągu długich miesięcy funkcjonować mniej więcej prawidłowo pod działaniem olbrzymich dawek narkotyku i gdy następnie narkotyk ten nagle zostanie odjęty, zachowują się one mniej więcej tak, jak gdyby otrzymały równoznaczną dozę w przeciwnym kierunku działającej trucizny. Organizm zostaje wtrącony w stan straszliwego szoku, podstawowe tryby i wiązania naszej maszyny życiowej, rozdygotane jak pod ciśnieniem ośmiokrotnej liczby atmosfer, grożą katastrofą, krew faluje we wszystkich naczyniach, płuca i serce szaleją... Nierówny i nienaturalny oddech zmienia się w brak tchu, człowiek się dusi, pod piątym żebrem młot parowy rozsadzić chce swe komory; kurcze żołądka niebawem przynoszą rozstrój nieopisany, we wszystkich stawach rwie coś i łamie, i tętni, tętni wszędzie, tętna tłuką setkami na minutę... piana na ustach... I ratunek jest tylko jeden, wszak domyślacie się, jaki? nowa dawka — tylko ten jeden, jedyny!"

S.I. Witkiewicz "Narkotyki. Niemyte Dusze", rozdz. Morfina

idealny opis miłości, prawda?

give me that old fashioned morphine...

czwartek, 3 marca 2011

appendix 88.

5 września 2010 (komentarz)

najlepiej uwierzyć/wmówić sobie że jest proste.
jeden taki prorok nawrócił mnie na tę drogę prostoty. i już wiem że będę mu wdzięczna. ja-miss-wieczna-komplikacja. c z u j ą c a.

w ciągu tego weekendu zbiegi okoliczności zalały mnie falą. retrospekcje. deja vu. halucynacje - wdarły się w moje życie. i o mały włos a dostałabym to (co wydawało mi się) najlepsze.
dopiero kiedy odmówiono mi wzięcia tego zrozumiałam, że właśnie ta odmowa oznacza to n a j l e p s z e.

8 września 2010 (komentarz)

tu potrzeba multiwitamin - magnezu.
kanapek z samym masłem
rano w kuchni
brudnych talerzy ułożonych w piramidkę w zlewie.
herbaty earl grey.
tego najpiękniejszego na świecie uśmiechu.

codziennie rano.

podstawiania sobie nóg.
żartów szowinistycznych/feministycznych.
ciepła. takiego kiedy na polu -8.
ławki za Żabką...
i nawet tej nadpobudliwości psychoruchowej...

codziennie wieczór.

ja się nie wyleczę. ja się nie wyleczę! bo skąd ja to wszystko znów dostanę?

3 marca 2011

prawda

patos przez dwa a.


3 IX 2010

klik

jestem już tak bardzo taka sama
od tej którą byłam wtedy
ta zieleń rozścielonego pod stopami wrześniowego trawnika
do innych niepodobna.
rabarbar nieobecny w rabatkach
pięćdziesiąt drzew zamieszkałych przez rude wiewiórki
dziwnie podobne kity ich
rwą się zdania jak sznur pereł
potem myśli pojedynczych szukam pod stołem
pod kanapą już nie wiem czy jeszcze moją
zabijam zabijam zabijam
się na tonie
rupietliwych starociarskich zgraciałych słów
tonę też
w twoim milczącym zapomnieniu
innym niż tamto tamtejsze
i pewnie wciąż chcę powiedzieć ci to samo
ale już innymi słowami
i niekoniecznie przy -5 stopniach
na ławce w środku nocy w krótkim rękawku w paski
bez zbędnego patosu poproszę
nie utrudniaj
póki jest łatwo jest dobrze
a jak czegoś nie chcę to tego nie robię
hę? co mówisz?
mhm.
że skądś to znasz.
ciekawe.

półrok.

dziś w nocy minie półrok

jakby nigdy nic zajadam się pączkami
pierwszy
drugi
trzeci
czwarty
marzą mi się francuskie rogale z czekoladą...

środa, 2 marca 2011

(wyjątkowo krótkie) śnienie

w grafitowej przestrzeni moja dłoń gładząca tył twojej głowy. moje palce wplecione w jaśniejące kosmyki. tylko moja dłoń i twój tył głowy.

koniec.

z pamiętnika 1.

2 marca 2010

tęsknota pozbawia mnie siebie.

appendix 87.

upiekłam sobie nowy świat z zakalcem.

may nothing but happiness come through your door.

świtanie zamieniasz mi w zmierzch
ty który trwasz nieprzerwanie od roku już bez jednego miesiąca
wytchnienia
zwijam się w kłębek pod czerwonym kocem
tak mocno dotykają mnie macki dni

chciałam tylko żebyś był szczęśliwy
ale nie chciałam żebyś to tylko ty był szczęśliwy

nadzwyczajnie patrzę na świat
podnoszę głowę do góry
kościste palce drzew skrobią znaki na niebie
chłodne dni marca sprały wszelkie nadzieje
na szybką wiosnę

jest tak bezwietrznie że można oszaleć
bez ciepłego kłębka twoich słów

dlaczego ja?
nadal nie potrafię ci odpowiedzieć

tobie który trwasz nieprzerwanie od roku już bez jednego miesiąca
bądź szczęśliwy
niech nic poza szczęściem nie przekracza twoich drzwi
mnie już nie będzie dane...

wtorek, 1 marca 2011

śnienie.

śniłam się sobie w Warszawie. miejsce z innego snu w którym mieszka moja nieistniejąca ciotka. spod wiaduktu w prawo w stronę brzoskwiniowych ścian. schody. mnóstwo schodów w górę i w dół. na schodach bezdomni pijacy potłuczone szkło i bełkot. ludzie z wózkami. supermarket. kupuję chleb tostowy za 2.78 zł czekoladę i kilka plastrów salami za jedyne 0.18 zł. znajoma dziewczyna. i moje pytanie którędy powinnam iść do akademika? odpowiada zwyczajnie: - obok tych popisanych bloków. kiedy patrzę na nią w milczeniu pyta: - w Krakowie też piszą po blokach, prawda? więc powinnaś wiedzieć. dodaje że pokaże mi miejsce gdzie kiedyś robiła przedstawienia. teraz zbierają się tu żeby palić palić palić wszystko co jest do spalenia. schodzimy do piwnicy po drewnianych schodach skręcających w lewo. - bardzo ładne stoliki - zauważam. - ach! stoliki! stoliki są przecudne! - reaguje jakby widziała je po raz pierwszy.

faktycznie za zakrętem palą palą palą. - proszę sobie palić - mówię kulturalnie i z uśmiechem. i zaczyna się pościg. z nożem plastrem na palcu wskazującym tego palącego z brodą i wsiadają do autobusu. - oni nie dbają o to czy ktoś cię w nim zabije. chodzi o to by był wypełniony. by zgadzał się stan pasażerów - mówi znajoma spokojnie. odjeżdżamy (wraz z napastnikami odgrodzonymi od nas kratą) autobusem prowadzonym przez jedną z harajuku girls nazwaną przeze mnie w napadzie gniewu idiotką.


skok w jawę:

dzwonek do drzwi.

mam gorączkę.

nie mam głosu.

nie wystarczy koców żeby pozbyć się tych mini dreszczy.

i muzyka się dopasowała: klik

poniedziałek, 28 lutego 2011

rozwiązki.

twój związek z użytkownikiem ... zostanie anulowany po zapisaniu zmiany.

jakie to wszystko podle proste
zbieram 10 kg kamienia upadłego z serca
buduję kryptę
- no i co teraz cholerna ślepa Julio?
- co teraz pytasz? radość moja nie jest z tego świata. gdyby radość moja była z tego świata - opowiedziałabym ci o niej.

klik

niedziela, 27 lutego 2011

niemożliwie.

obejrzałam film mr. nobody

nic więcej nie powiem.

appendix 86.

niecierpliwki zakwitły w moim oknie.

piątek, 25 lutego 2011

ach!

elucowy statek faktycznie okazał się być dwuosobowy!

uspokój oddech.
uspokój oddech.
uspokój oddech.
uspokój oddech
głupia
głupia
głupia

czwartek, 24 lutego 2011

dear euphoria.

ja
on
pigułki



ironia losu
I take medicine to FUNCTION (you might say)

środa, 23 lutego 2011

kropka nad I (love you).

z fejsbukowego profilu soap&skin.

z dedykacją
dla Reni za naturalizm serca
dla Gaby za rozsądek serca
dla Kamili za romantyzm serca

klik


I fell in love with you but I know that's just a sky. I don't know where I go.

wtorek, 22 lutego 2011

appendix 85.

poison

(niedługo minie rok
a ja dalej się truję...)

wybuchy w sercu. wyskoczyłam z orbity.

biały styropian sypie się z nieba
świat się kruszy
dostaję skrętu kiszek na myśl o nadchodzącym odlocie z tej planety
elucowy statek wydaje się być dwuosobowy
ktoś z uporem maniaka ściąga pierzynę zapomnienia ze śpiących sentymentów
każe im gnać boso przez zaśnieżoną teraźniejszość
ktoś perfidnie wlewa mi truciznę
przez uszy
oczy
myśli
serce trzasło wezbrana rzeka zerwała falochron
tama pękła z odłamków urodziła kulawą -ość.

znowu. nie mogę.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Nena


she's got the anti-Christ in the kitchen yellin' at her again.
yeah, she can hear that.
and she's just not allowed to handle knives.

piątek, 18 lutego 2011

I can't stand me now.

myślę o podjęciu drastycznych cięć serca.
w kapeluszu Pete'go.
a jakże!

poniedziałek, 14 lutego 2011

um.. so... well... you know... so... whatever. hi, Andy!

przyzwyczajam palce do domowej klawiatury
delektuję się czystym dźwiękiem
o niebo lepszych niż krakowskie głośników
odrywam wzrok od wywiadu z Vrenną próbując hamować drgawki śmiechu
którymi raz po raz wzdrygane jest moje dwudziestojednoletnie cielsko.

wyciągam wnioski które po ostatnich winnych libacjach są zadowalające:
starzeję się i to ze strasznym hukiem
opętana przez Mansona mam same szatańskie zdjęcia
na dodatek Witkacy nie ułatwia mi życia budząc we mnie naturę którą z grubsza nazwać można DEMONICIOUS
zdecydowanie uwielbiam wino i sziszę
zdecydowanie jestem uzależniona od fejsbuka
zdecydowanie nie wiem co dzieje się w mojej główce
zdecydowanie nie wierzę w walentynki
a pijane rozmowy o metafizyce ze świeżą o siedem lat młodszą krwią są tylko potwierdzeniem:
sześćdziesiąt kilo żywego kobietonu jest stare.

i lubi to.

whole humongous. paranoid. scardelicious. lovely thing called love. do porzygu.



walentynkowy manifest. yummy, yummy.
enjoy.

środa, 9 lutego 2011

boo!

jestem kobietą
boli mnie brzuch
razi mnie światło
patrzy na mnie webcam
jestem kobietą
siedzę po turecku
piję kawę po turecku
mielę kawę młynkiem z dawnych czasów
i słodziłabym tę kawę ale nie słodzę
jestem kobietą
słucham wszystkiego co mi się podoba
słucham wszystkich którzy mi się podobają
golę głowę wokoło jak święty antoni
kręcę loki na grzywce palcem
jestem kobietą
wygrałam życie



i wierzę w duchy.

bezczelnie krakowskie piosenki.

wielki z ciebie pan potrzebujesz zmian, stale pędzisz i ciągle cię brak. wszędzie wpychasz nos, nie dbasz o swój los – wolny ptak. twe zwyczaje znam: nie masz serca dla dam, swoją władzę podkreślasz od lat. nic nie dajesz na zawsze, a gdy tylko nie patrzę – biegniesz w świat.
zanim opowiesz jak wiele jest jeszcze przed nami. zanim pogodzisz złych mężów z dobrymi żonami. zanim wyliczysz nam kroki dzielące od celu. pozwól na chwilę odetchnąć i pożyć daj.


gdy zapytam co się stało: powiesz nic. jak zwykle nic. tysiąc razy już pytałam. niepotrzebnie, wiem to dziś. gdzie podziała się królowa? co się stało z asem kier? nawet jeśli czegoś szkoda - to ostatnia z naszych gier. wezmę tylko parę książek i Cockera kilka płyt. drzwi za sobą nie zamykam - boję się, więc zrób to ty.

wtorek, 8 lutego 2011

never more, Nevermore.

wiosenne płaszcze głaszczą wiosenne ciałka krakowskich przechodniów
ja idę znowu sama
znowu pod tę samą górkę
z której zjeżdżam taczkami szczęścia co jakiś czas
powinnam wejść na wawel
stanąć przy barierce
patrzeć na wisłę podzieloną na miliardy maleńkich pikseli
wyrzucić z głowy to o czym tak intensywnie myślałam
siedząc nad kotletem z kurczaka w kokosowej panierce
(będąc jeszcze w domu)

parano.


piękny poranek tego popołudnia.

poniedziałek, 7 lutego 2011

because all that knives is this heart.

przejście pod dworcem znów zaatakowało nakręcanymi szczekającymi pieskami
smrodem starych oscypków i fizjologii bezdomnych
przekupki od butów torebek i niezliczonej ilości bajgli siedziały w futrzanych czapach i grubych skarpetach z zakopiańskiej (a jakże!) wełny
owoc żywota tego miasta - bombonierka słowackiego błyszczała nadsłodyczą
przebiegle przebiegłam między żebraczką łysą opatuloną bez nogi
nie mam nie dziękuję za ulotkę kredyt szkołę języków ludzi i aniołów
świecące sztucznością sople na drzewach pod barbakanem
znicze dla samobójców
z okazji walentynek 14 luty - nie zapomnij o niej o nim o tym że jesteś z kimś w związku
z czym?
przepłucz usta coca-colą z mcdonalda może wypali kłamstwo niedopowiedzenie nie kochanie nie zdradziłem naszej strasznie ważnej dla ciebie tylko i wyłącznie relacji nie utopiłem w wódce wierności która jest przecież najważniejsza tylko i wyłącznie dla ciebie
kupię ci różę na walentynki tą z kiosku na rogu szewskiej bo zwiędnięta ale za cztery złote
tyleś warta patrz jak się wykosztowałem jak pamiętałem bo pamięć bombardowała mnie od dziesięciu przystanków od bronowic do bagateli dziś święto zakochanych dziś kocham cię za cztery złote
pójdziemy więc szybko do tego czy tamtego klubu gdzie głośna muzyka i czerwone ściany pokażę ci miłość opartą o nie w toalecie pokażesz mi czy mnie kochasz bo tylko tak potrafisz - ty najważniejsza i najdroższa nawet nie dla siebie a co dopiero dla mnie
gołębia śmierdziała spalonymi przed chwilą papierosami studentów
weszłam w korytarze uniwersytetu z Józefem Szajną na ramieniu i Kantorem w kieszeni
dziękuję że mogłam wyrzygać tę wiedzę już mi lżej panie doktorze nauki
porzygana więc wracam do domu z różową półsłodyczą wina z wiórkiem kokosowym w ciastku.

obleśny Krakowie, kocham cię.

appendix 84.

I understand what you want. I understand what you need. but I just don't agree! I keep walking round pandemonium alone.

największy paradoks
bycie samą nie będąc samą.
największy bezsens
utrzymywać ten stan.

niedziela, 6 lutego 2011

zabiłam białego królika w biegu.

klik - soundtrack do czytania

planowałam to tak długo a mimo to jestem zaskoczona
wpadł mi pod nogi jak tylko szaleniec potrafi wpaść nagle pod koła rozpędzonego samochodu
zaczerwienione oczy spojrzały na zegarek po raz ostatni
wbiłam nóż prosto między sterczące w przestrachu uszy
białe futro zabarwiła znacznej wielkości plama
"jego krew pachnie jak syrop malinowy" - pomyślałam
i w tej samej chwili zupełnie niespodziewanie zaczęłam unosić się mijając wszystkie rupiecie króliczej nory pozawieszane bezwładnie w gęstym powietrzu
ziemia wypluła mnie na powierzchnię
niestety miałam się tam dowiedzieć że świat poza krainą czarów już dawno przestał istnieć...


klik - soundtrack po przeczytaniu

środa, 2 lutego 2011

mówią że miejsca dla niecierpliwych w niebie nie ma.

"najlepiej było wtedy gdy pachniało deszczem i marzyłam wieczorem. gdy karmiłam gołębie chlebem z karbidem. słuchałam muzyki. upijałam się winem."
brak odpowiedzi na najprostsze pytania blokuje dalszy rozwój myśli
tej najpełniejszej. najbardziej schizofrenicznej. najodważniejszej.
dziwne. ostatnio wyrzucam z siebie tysiące podstawowych pytań.
która godzina?
jak leci?
jak minął dzień?
co słychać?
ja słyszę tylko pusty dźwięk kolejnej spalonej żarówki w żyrandolu.
została już tylko jedna która pazurami trzyma się tego świata
zupełnie jak ja.
kołyszę się unoszona przez wiatr niedopowiedzeń
wiszę na gałęzi rozczarowania
z miłości upleciona gruba pętla.
kolejnej już.
ciszą mnie nie nakarmisz.
uśmiechem nie napoisz.
potrzebuję oddychać twoim słowem.
swoją pewnością.

czwartek, 27 stycznia 2011

*** (na nadgarstku wypisane "LEAVE A SCAR"...)

na nadgarstku wypisane "LEAVE A SCAR"
aż dziw bierze że przez cały dzień się nie zmyło
nie starło
na pył
na proch
na miazgę
niebieska żyła pod skórą i bezczelnie kwiczący napis
tylko tyle
aż za dużo
palce ręki prawej bawią się dużym czarnym cekinem oderwanym z sukienki
ton głosu ciepły
miękki
rozmydlony
uśmiecham się do ciebie przez szklane oko komputera
przez łącza przetaczam trochę gorętszej krakowskiej krwi
przez głośniki słyszę to co ty słyszysz
(prawie jakbyś tu siedział)

od tygodnia nic nowego: chcę cię zobaczyć.
nie! wróć - chce się Z TOBĄ zobaczyć.
bo między tymi dwoma jest subtelna różnica.
z tobą nie śmierdzi sentymentem

- już nie mogę znieść tego dusznego zapachu gnijących wrześniowych liści
samobójczo skaczących z drzew na parkową ścieżkę
- już nie mogę znieść tej suchej kromki chleba z masłem
grzęźnie w gardle
pali piekielną siarką
- już nie mogę znieść kilku słów których nie potrafię wyrwać pamięci
(och, gdyby było tak można!)
jak gwoździe ze ścian
jak serce z piersi
jak nogi niewinnej muszce
(och, gdyby...)

wtorek, 25 stycznia 2011

appendix 83.





zapomniałam że skacząc w przepaść prędzej czy później muszę uderzyć o dno.

znalazłam zdjęcie.

POSTsentyment

REsentyment

PUREsentyment

NEOsentyment

appendix 82.

it's better to push something when it's slipping than to risk being dragged down.
tak pan podpowiada, panie Manson. nie wiem czy można wierzyć komuś z tak jasnym okiem. ten prawie-brak-błękitu wręcz oślepia. jak można zaufać w prawdziwość pana słów?
if you want to hit bottom don't bother to try taking me with you. I won't answer if you call.
tak. właśnie jeszcze tak mi się do niedawna wydawało. choć nie wiem czy wydawanie się można traktować poważnie. przecież powinnam być tego pewna. że wyrwałam ostatnie chwasty myśli. że spaliłam ostatni most łączący sentyment z podżebrzem.
two heartbeats ended in hell. trying to break your fall.
taki koniec jest pewny. tu nie ma wahania. nie ma chyba. nie ma na 50%.

into the fire. bo nigdzie indziej nie chcą naszych odgrzewanych kotletów.

naszych? [sic!]
kiedyś już tak mówiłam...

poniedziałek, 24 stycznia 2011

I should say NO to my memory.

rozdział I - pamięć - nawrót choroby.

wykład nie należał do najciekawszych. Nene chwyciła nowiutki krwawiący czarną strużką cienkopis. na odwrocie spisu lektur do egzaminu zaczęła rysować.

oko pierwsze, oko drugie... falbaniasta spódnica i biała bluzka przynależna grzecznym i szanującym się pensjonarkom. włosy? krótkie. niezależnie sterczące nad zmartwionymi brwiami. kolejne wcielenie panny Nene. nóż w ręku. a nad bezbarwną (choć przecież w domyśle rudą) głową kłębuszek myśli. chmurka ostatecznej porażki.

pan Bezczelny siedział na schodach. zwrócony tyłem. czarna bluza z kapturem. niesforne kosmyki jasnych włosów wymykające się spod kontroli grzebienia... a nad nim kiczowate górskie gwiazdy. kiczowaty księżyc śliniący się pełnią. butelka absyntu. mała biała torebeczka ostatecznego upadku.

upadła gwiazda na chodnik przed żółtym domem.

prezent

środa, 19 stycznia 2011

to się dopiero nazywa smętyment podczas pełni księżyca o 22:27!


to się dopiero nazywa smętyment podczas pełni księżyca o 22:27!

[23:39: edited & cenzored by Nena]

beyond the pale everything is black. no turning back.

sobota, 15 stycznia 2011

yes, you stupefy, parasite.

po prawicy:
otwarty zeszyt w kratę w środku i na okładce. paranoidelle offline na marginesach. studenckie notatki.

po lewicy:
kabelek do telefonu z komputera - do komputera z telefonu - w tę i nazad. taka downward spiral na książce Błońskiego (błogosławionego-boskiego). do licencjatu. i pocztówka z wisielczą panią młodą.

po środku:
skrzyżowane po turecku nogi. laptop grzewczy. how to destroy angels w słuchawkach lewej i prawej.

odurzasz, pasożycie.
dzwonię.
dzwonię.
gadam z sygnałem: 1... 2... 3... 4... zostaw wiado... [rozłącz].
a jak odbierzesz
to święto.
karnawał.





LISTEN TO THE SOUND OF MY BIG BLACK BOOTS.

wtorek, 11 stycznia 2011

twoje drogi, mój drogi.

what have I become, my sweetest friend?
everyone I know goes away in the end.

z zegarkiem w ręku
odliczam pełne godziny
które pozostały mi
z tobą
jeszcze
miesiąc bez jednego dnia
potem
zostanie
rozpacz

wtorek, 4 stycznia 2011

strasznie straszny strach.

piątek, 31 grudnia 2010

2011

oby lepszy
życzę
wam
sobie
jemu
jemu jemu
i wszystkim innym.

tymczasem zbieram się. wieczorem rytualne upajanie absyntem. piołunowanie do nieprzytomności. wkroczenie w rolę sheeny easton i przeniesienie słonecznego miami do podle zimnego krakowa. bye.

wtorek, 28 grudnia 2010

sen.

biegiem donikąd przez pole białych anemonów.
zachlapana neonowymi farbami świecę jak w ultrafiolecie.
wita mnie zapach benzyny i
fluorescencyjny kubizm przedmiotów w mieszkaniu gdzie sufit jest podłogą.

budzę się mokra od niczego
przerażona niczym
zachwycona niczym
z telefonem pod poduszką
pustym jak skorupka wielkanocnego jajka

sobota, 18 grudnia 2010

*** (nie)lubię tęsknić

(nie)lubię tęsknić
(nie) lubię wspinać się po poręczy dźwięku i koloru
(nie)lubię w usta otwarte chwytać zapachu zmarzniętego
(nie)lubię mojej samotności
zawieszoną wyżej
niż most
rękoma obejmujący niebo
(nie)lubię miłości mojej
idącej boso
po śniegu

Haśka - ty świnko! zabieraj swoją tęsknotę
mam swoją wlekącą sanki paranoi po oblodzonej kładce
jeżdżącą między płucami ostrą łyżwą jak po lodowisku
kiedyś przyjdzie odwilż
wiosna wiosen i ciepło wszelkich ciepł
teraz
jednak
muszę
przywitać się z kolejnym tygodniem braków niedostatków zim i zimn

moja tęsknota
bawi się mną jak kot kłębkiem włóczki
moją bajkę przebiła strzała
Thom Yorke powie ci coś na ten temat: klik

piątek, 17 grudnia 2010

absinthe makes the heart grow fonder

śnieg przysypał wszelkie wątpliwości
na środku zaoknia wyrósł bałwan uprzednich uprzedzeń
dwie świeczki o zapachu orzechowego cappuccino drżą
rzucając na ściany cień wspomnień
intensywny zapach teraźniejszości nie pozwala jednak na podróże w czasie
ucho przytulam więc do massive attack
pod rdzawą pościelą chomikuję wszelkie uczucia zrodzone z grudniowego lodu
moje serce wygląda jak to z teledyskowego fotela closer (przyp. aut. nine inch nails)
wznosić modlitwy mi trzeba
żeby pociągi nie były spóźnione
żeby pociągnąć za spust i odstrzelić tęsknocie łeb
bo w sercu nowy sopel lodu który nie chce się stopić.

niedziela, 5 grudnia 2010

too late!

urodziłam nową namiętność
chcę grać.
to dziecko umrze.
udusi się.

za późno! za późno! za późno!

appendix 81.

like warm caramel down my throat...
like slipping on chocolate pudding towards heaven...

nie ma mnie dla nikogo do końca dnia!


sobota, 4 grudnia 2010

szkodnik

wymiecione spod dywanu
pyszczkiem odkurzacza wciągnięte
zaniedbania
boleści siedem i pół

czyste kartki wietrzą się w sercu
wycinanki krwawe spalone
w wieczystym ogniu przemijalności

tej nocy nam nie po drodze
ta zima czystym śniegiem jest
bielą otula czarne płuca jesieni dogorywającej

na rzęsach zawieszam migoczące gwiazdki
na ustach błysk tafli lodu
na głośnikach repertuar zimowy

wróćże człowieku z tego wrocławia bo tak mi jakoś dziwnie...

może po prostu mnie zabij. po cichutku. kulturalnie.
- mikromusic "szkodnik" (sova, 2010)

czwartek, 2 grudnia 2010

appendix 80.

zbieram zakurzoną muzykę
palcem
jak okruszki ze stołu
ziarenka soli
cukru
strzepuję gwałtownym ruchem dłoni nieistniejące pyłki
z jej idealnej powierzchni
słyszana tak niedawno
szybko porzucona
jak kobieta
bosonoga na śniegu
z krwawiącymi ustami
popękanymi dłońmi
zbieram muzykę jak kłębki kociego futra przyczepione tajemną siłą do koca
jak perły rozsypane ze sznura samobójczyni
tańczącej czarne tango czerwoną nocą

(pod dywan zamiatam
mord
autoagresję
zniszczenie
autodestrukcję
okaleczanie
samobójstwa
ostre noże
mocne pętle
piramidę białych tabletek)

muzyka the irrepressibles gra tak intensywnie że pęka mi serce.

deja vu!


deja vu!

on

trąbka

ja

i

inne
kobiety...
(chwileczkę!
teraz to
TYLKO
JEDNA -
Marilyn)

i mam czego chciałam.
i jestem przedszczęśliwa.

wtorek, 30 listopada 2010

żegnaj, najdroższy.


porque te vas (klik!)

gaszę w sobie ostatnią myśl
uspokajam serce
przeprogramowuję przyspieszone tętno
wagon wspomnień odstawiam na bocznicę
pożegnaniem z TOBĄ witam się z NIM...

niedziela, 28 listopada 2010

eraser

dwa 'nowe' albumy nine inch nails
kłują w uszy
retro medalion z zatopionym w różowawym szkle królikiem
dynda na szyi w takt help me I'm in hell
wymazywanie - właśnie tak wygląda

a ja za dwie godziny idę na randkę
z przeznaczeniem?
na pewno na randkoterapię.

erase you.

czwartek, 25 listopada 2010

why don't you love me?


why don't you love me?
tell me, baby: why don't you love me?
when I make me so damn easy to love?

środa, 24 listopada 2010

perfect drug

kieliszek
butelka
ostatnia kropla
ostatnia kostka cukru
zapałka
płomień
zimna woda
łyk łyk łyk łyk
zielona wróżka rozlewa się po żyłach
drogi oddechowe zatyka RADOŚĆ
szczęście?
- jeszcze nie czas
ważne że jest RADOŚĆ

z wieczornych medytacji nad Błońskim (Od Stasia do Witkacego)
z krystalizujących się zagadnień licencjatu
z umierającej jesieni i zapowiadającego zimę zimnego tchnienia zzaoknia
z krzyku pana Trenta Reznora codziennie rano na pętli tramwajowej
z mojego małego świata nieskończenie rozstrzelonej głowy
z mojego wielkiego świata niezwykle ciasnego serca
ze MNIE

kocham siebie z wzajemnością
i jestem od siebie uzależniona
- cóż, perfect drug

wtorek, 23 listopada 2010

appendix 79. (z przymrużeniem oka)



PEŁNIA SZCZĘŚCIA:
Manson w lodówce
Vrenna w wannie





;-)

tell me about your wonderland...

zrobiłam kanapki i owocową herbatę.
resztka absyntu wciąż lśni swoją zielonością na dnie smukłej butelczyny.
pakuję więc i to.
kostki cukru - same serca.
łyżeczkę z otworkami i dwa szmaragdowe kieliszki.
maluję paznokcie na czarno.
oczy też.
usta naturalne - będą pić. jeść. całować. a nie brudzić.
siadam wygodnie przed domem.
nadjeżdża autobus.
Trent, Robin, Danny, James, Charlie...
jest i Chris...

maybe I'm all messed up
maybe I'm all messed up with you
- ciągle tłucze się po głowie

w końcu na miejscu.
znów radośnie taplamy się w błocie na Woodstocku 1994.
leje jak z cebra.
Trent niszczy kolejne gitary.
kolejne mikrofony rzucane w publiczność.
kolejne połamane klawisze.

i tak co wieczór,
tylko ćśś...!
bo wyda się że to tylko...



poniedziałek, 22 listopada 2010

drobne szaleństwo z miłości


z miłości popełnia się drobne szaleństwa
nine inch nails: the downward spiral


niedziela, 21 listopada 2010

appendix 78.



(dziwna miłość panny Neny? ♥.♥)

sobota, 20 listopada 2010

2 a.m.

INTERLUDIUM

scena podzielona na dwie kondygnacje - góra to pokój Nene - stylistyka Krainy Czarów - w kącie stoi kiczowaty różowy flaming, na stoliku z szachownicą leży talerzyk pełen kolorowych cupcake'ów, parapety pełne kaktusów, taborety w kształcie grzybów w fantazyjnych psychodelicznych kolorach. dół - pokój Bezczelnego - czarno-biały, minimalistyczny. na podłodze czarno-biała posadzka typu szachownica, w rogu czarny wieszak, stolik w kształcie sześcianu kryształowy, na nim porozrzucane tabletki, wśród nich jedna czerwona, dosyć duża.

oświetlona góra: Nene stoi przodem do widowni patrząc przed siebie, ubrana jak mała dziewczynka, w czarną rozkloszowaną sukienkę z bufkami i białym kołnierzykiem oraz białe podkolanówki.
słychać jej głos (wrażenie stłumionego, dochodzącego znikąd)

Nene to elegantka - pętlę na szyi wiąże w kokardkę
oczy zdobi kryształkami tearovsky'ego
usta czerwieni krwawiącą namiętnością

wychodzi na spotkanie Panu Bezczelnemu
Nene uważa
że taka spodoba mu się najbardziej.

czerwoną szminką rysuje sobie kreskę na szyi (tak jak się podcina gardło) z uśmiechem na ustach
blackout

teraz oświetlony zostaje dół: Bezczelny stoi przed stolikiem i patrzy na tabletki. podnosi czerwoną, otwiera usta, pozostaje w tej pozie. ubrany jest na czarno. koszula zapięta pod szyję, lecz z niedbale podwiniętymi rękawami.

słychać jego głos (wyraźny, lecz co chwilę poprzerywany jakimiś psychodelicznymi dźwiękami):

Bezczelny znów histeryzuje
jedyne
czego się obawia to że ona naprawdę się w nim zakocha
to dziwne bo przecież powinien się raczej obawiać że to on zakocha się w niej

notuje wszystkie jej małe nienormalności w głowie:
Nene kolekcjonuje bilety z koncertów na których nie była
Nene boi się kiwonów do pompowania ropy naftowej...
do diabła z tym!

zamyka usta, zaciska pięść rozgniatając czerwoną tabletkę. zaciera ręce powoli, patrząc przed siebie, po czym rozkłada je, tak aby było widać, że są czerwone.

oświetlona góra i dół
gra "Full cup of coffee" Tweakera
nic się nie dzieje do końca utworu

blackout

krótka piosenka o rozstaniu.

samotnie spędzę resztę nocy pijąc kawę aż do rana...

serce wzrosło do niemożliwych wręcz rozmiarów
o mały włos a zwymiotowałabym miłością.

tak się cieszę... tak ogromnie się cieszę, że znów mogliśmy się rozstać.

środa, 17 listopada 2010

Nen's adventures in creepy Wonderland.


a teraz niech mnie już Pan stąd zabierze!
zmęczyłam się
karciana krew kapie z noża
czerwone serca
w garści trzymam sierść królika
pod stopą rozgnieciony zegarek na złotym łańcuszku
uśmiech Kota to grymas bólu...

Pan Chris Vrenna
uzależnia
onieśmiela
przeraża
zniewala
a Nena lubi toksycznych mężczyzn

curiouselle.

ktoś poplamił mój biały fartuszek
biegam po Krainie Czarów z nożem
ktoś za to zapłaci

only the insane equates pain with success

Nen's riding a psychedelic curiousel, just listen

wtorek, 16 listopada 2010

appendix 77.

nic nie daje większej wiary w życia sens
że na końcu swojej drogi spotkam cię

nic nie cieszy dziś bardziej
niż utwory do których wracam po latach
odkryte i zinterpretowane na nowo
przemielone przez głowę przy kubku karmelowej herbaty

appendix 76.

recipe for disaster

- noc z piątku na sobotę - sztuk 1
- przyjemne krakowskie podziemie - sztuk 1
- aromat elucowaty - kilka szklanek
- heart-shaped glasses, kolor czerwony - sztuk 1
- blask turmalinu - UWAGA! toksyczny! - najważniejszy składnik - sztuk dwie
- doprawić szczyptą niepewności lub namiętności - do smaku

bon appetit

to się doczekam
po 75 dniach
w końcu

old fashioned morphine.


śmiała się z głupich tytułów
rozpaczliwie egzaltowanych słów
płaczących komiksowymi łzami pań
i ich papierowych rozterek
LOVE STORIES that could happen to YOU!
a potem zobaczyła tę okładkę.

w tle grało:
klik

poniedziałek, 15 listopada 2010

heartagram.


energocyrkulacje - koncert: unikat.
dwa zaproszenia śmieją się do mnie. jedno moje. drugie? też moje.
mogę podarować. jak pocałunek.

idę Floriańską
łykam miejski plankton
plakaty wyborcze
wybiórczo
żółty jesienny liść zatyka mi usta
dusi mnie sznur suszonych jarzębin
koralowe usta przeżuwają wspomnienie
przeżywają
a ty wciąż się tak eks cytujesz!
to nie moja wina że cytowałam twoją eks.
to nie moja wina - wcale nie jestem nieudaną kopią tej nieznanej mi osoby!
po prostu
zgubiłam rozsądek!

niedziela, 14 listopada 2010

nie dajesz mi ze sobą skończyć.

don't break MY heart-shaped glasses.

środa, 10 listopada 2010

alergia na rzeczywistość każe uciekać w fikcję.

SCENA I
(kawiarniany stolik kazimierskiej knajpy.
najlepiej rozegrać to na obrotowej scenie, tak aby widz widział tylko migawki emocji wypisanych na twarzach bohaterów. wrażenie obserwowanych przez przechodniów ludzi w kawiarni. raz widzimy Nene, raz Bezczelnego...)


Nene siedzi noga na nogę, głowa przechylona w stronę prawą, łokieć prawej ręki wsparty na oparciu drewnianego krzesła. Poza niedbała i lekceważąca - system obronny Nene.

Pan Bezczelny siedzi typowo 'po męsku' łokcie wsparte na blacie stolika, dłonie złożone jak do modlitwy, od czasu do czasu nerwowo szarpie serwetkę lub zbiera palcem nieistniejące okruszki ze stolika.

w tle cichutko gra: Skłamałam E. Bartosiewicz

Nene słucha chwilę, patrząc to w podłogę, to znów spode łba na Bezczelnego.

Bezczelny przerywa milczenie, wyraźnie zakłopotany sytuacją spotkania zaczyna:

PB Nene, oh Nene - dlaczego ty nie wierzysz w happy end'y?

Nene odpowiada prawie że mechanicznie

NENE pan się jeszcze pyta? jest pan bezczelny, panie Bezczelny. (ironiczny śmiech przechodzący w złowrogie prychnięcie)

PB skąd możesz wiedzieć co się wydarzy? skąd możesz wiedzieć gdzie nas wywiezie kolej losu...?

nerwowe odchylenie głowy Nene do tyłu powoduje przerwanie wypowiedzi Bezczelnego. teraz to ona nachyla się nad stolikiem patrząc mu prosto w oczy

NENE błagam, tylko bez tych pseudopoetyckich i pseudofilozoficznych banałów. nie wierzę w happy end'y - to ma panu wystarczyć. ach, mogę jeszcze dodać - mierzi mnie to, gdy używa pan zwrotu "my" - bo to abstrakcja. poza tym, wiem co się wydarzy. lejąc kwas do mojego serca zapyta pan: "czy łaskocze?"

PB Nene, jesteś okrutna.

wracając do poprzedniej pozycji

NENE będziemy się teraz licytować kto kogo bardziej rani, niechże nie będzie pan dzieckiem...

blackout

wtorek, 9 listopada 2010

appendix 75.

zawsze wyobrażałam sobie Ofelię jako rudowłosą.

appendix 74.

Planet L.U.C w Pauzie 19 XI

perhaps. perhaps. perhaps.

poniedziałek, 8 listopada 2010

pościg.

biegnę przed siebie
nad Wisłę
pod Wawel
przed siebie
żółta podkolanówka na nodze lewej zwija się aż do kostki
jesienne powietrze zatyka mi nos
oddycham ustami
pracuję przeponą
tym razem to nie śmiech
urywane oddechy jak pociski
depczę gołębie na Plantach
nieokrzesany pęd
rozwiewa mi grzywkę
liście pod stopami
tratuję
bruk krakowski
ciężkie uderzenia butów na platformach
torba w koty skacze na ramieniu
faster, faster!
pogania Biały Królik
wyskakujący z Pasażu Hetmańskiego
trzydzieści ton kebabów kręci się pod słońcem
japońscy turyści w cieniu niemieckich brzuchatych mężów kobiet
biegnę uciekam przed sobą
w biegu chwytam ulotki
ekskluzywna bielizna
obiad 15% studentowi taniej
angielski na raty
klub piwem leje
Poselska
Senacka
pijacka
wylot
zwalniam idę
przecinam
św. Idziego

czekałam tu kiedyś
na ławce
na ciebie
bo powiedziano mi
że kiedyś
tu siedziałeś
z plecakiem
niedbale
rzuconym
na zielonej ławce
ze stalowym wygiętym oparciem
tu
okolice św. Gertrudy
tu
gdzie tak często cię nie spotykam.


Kraków, I love you, but you're bringin' me down.


klik (1:02-1:50)

niedziela, 7 listopada 2010

appendix 73.

patrosząc wątpia internetu natrafiłam na słowa:

ucz się kobiecości ruda szmato!

elektronicowstrząs

be obscene! be, be obscene! be obscene, baby!

tak sobie uwalniam emocje krzycząc do ciebie.
a w przerwach patrzę jak Manson jeździ na świni.

MISSION:COMPLETE

na ringu ustawiam się na przeciw odbicia mnie.
by zmylić obniżam głos nim zadam pierwszy cios.
przegrałam już tysiąc walk czytając z mych ruchu warg
znów studzą we mnie krew wygodnickie lęki.
walczą we mnie lwy. walczy zgraja psów.
moje myśli dziś jak po linie chód.


mogę śmiało powiedzieć
obryzgana krwią zdarzeń
poszarpana nadzieją na więcej
pokryta bliznami sprzecznych znaków

MISSION:COMPLETE


pomimo tego iż wciąż pęka mi serce


koniec końców chciałam tylko tego byś w końcu był tak zwyczajnie szczęśliwy.
skoro jesteś - powinnam odłożyć broń.
powinnam cieszyć się z wygranej.

ile jeszcze będziesz walczyć o dobro świata
kosztem swojego, Neno?

miłość jest ślepym stworzonkiem
nie jest zaraźliwa
gdyby tak było cały świat
stanąłby na głowie


ale przynajmniej byś mnie kochał!

serce wciąż na polu bitwy
nie może pogodzić się ze zwycięstwem głowy


sobota, 6 listopada 2010

you get me closer to God!

wrzeszczę.
właśnie ten wers.
dziękuję.
dobranoc.

appendix 72.

jak to jest kiedy nagle wszystko czego najbardziej się obawiałeś spełnia się?
















Nena już wie

siedzę na brzegu świata i nic nie rozumiem.

Ludzie nie piszą pamiętników dla siebie. Piszą je dla innych, jako tajemnicę, której nie chcą nikomu wyjawić, ale pragną by wszyscy ją znali. Jedynym bezpiecznym miejscem dla twoich myśli jest twoja własna pamięć, której nikt nie może wziąć i przeczytać, gdy ty nie patrzysz - przynajmniej na razie.

(Marilyn Manson, PAMIĘTNIK Z TOURNEE, brak daty)

gdybyś przynajmniej tu zaglądał
wiedziałbyś wszystko
miałbyś podane jak na tacy
jak na talerzu
serce posypane solą wijące się jak dżdżownica
zapach miłości jak zapach mokrej od deszczu ziemi
każe sercu wystawiać się na działanie niesprzyjających czynników
piekącego słońca miłostek innych kobiet
szpiczastego dzioba złośliwych niedopowiedzeń
nieuważnych kroków zahamowań wstydu lęku i obawy

przecież wiesz
przecież i tak wiesz...
ale może gdybyś choć raz to przeczytał...

granda!

udaję że nie widzę
udaję że nie widzę
udaję że nie widzę
a potem robię
A KUKU!
żeby znów się uśmiechnąć
optymistycznie tylko lekko sennie
zatrzepotać sztuczną rzęsą
albo swoją z resztką wodoodpornego tuszu na koniuszkach
z tym błyskiem w oku którego nie mogłeś znieść
właśnie tym
dziecięco zadziornym a jednocześnie demonicznym

to nie ty mijasz mnie szerokim łukiem
to życie nas omija

w czterech smakach
słodki
kwaśny
słony
gorzki

I know you are but what am I?

pytanie dźwięczy w głowie
ha
właśnie o to mogłabym cię zapytać.
potrzeba mi było kilku godzin żeby pozbierać skrawki słów
i zakończyć rozważania pulchniutkim pytajnikiem.

znów budzę się dźwiękiem swojego krzyku
słysząc moja Nena
czyja na Boga, pytam! czyja...?

ta wietrzna pogoda wygina drzewa samobójcą
żeby łatwiej było im sięgnąć nicości
spod kołdry snów wyłania się pustka
niczym jątrząca się rana

tak
wiem że istniejesz
całkiem niedaleko
kilka ulic domów sklepów dalej
kilka kilometrów tramwajowych szyn
dlaczego omijamy się szerokim łukiem?
dlaczego nigdy nie możemy na siebie wpaść ot tak na ulicy
po chleb
bułki
wieczorne alkohole
cześć miło mi zdarzyło się

nie wiem kim jestem - marzenie jednak pozostaje niezmienne:
CHCIAŁABYM ZOBACZYĆ CIĘ CHOĆBY PO DRUGIEJ STRONIE ULICY.

klik

piątek, 5 listopada 2010

nie chciałabym być niegrzeczna, czyli tylko bez komplikacji, błagam!

nie chciałabym być niegrzeczna, ale pozwól, że zapytam...
no właśnie? o co? słowa odkleiły się ode mnie jak stary plaster
odkryły ranę uczucia
blizny dotyku który pasuje do słów jak kwiatek do kożucha
nieopisany nieokreślony
stoję na falochronie
poziom niejasności gwałtownie wzrasta
tłucze o kruszące się ściany świadomości
ale czy to jest warte tego byś ty nie mógł spać?

teraz podejdź bliżej
pod byle pretekstem
rzęsy w oku bliźniego twego
Pod Pretekstem gdzie piłam koktajl z truskawek
pod komendą W11
podejdź bliżej sięgnij
kawałeczek dalej
gdzie podwójne kominy syczą i parują
zamknęła mnie samotność
w wieży XXI wieku
przyjdź
stań na idealnie ułożonej wycieraczce pod moimi drzwiami
nie chciałabym być niegrzeczna, ale...

czwartek, 4 listopada 2010

appendix 71.

Piszemy nie palcami, lecz całą swą osobą.
-Virginia Woolf




- ...ale ja nawet tego buca nie lubię!
- to weź sobie 1/100 z tego co ja do niego czuję, to będzie właśnie "lubię go".

"...a on zamyka mi oczy. Nie. Daje mi parę czarodziejskich okularów i zapadam w sen. Śpię na polu pełnym hiacyntów i jadeitów."

ogarnięta św. spokojem...

...siedzę na podłodze i robię chórki do Beside you in time Nine Inch Nails

środa, 3 listopada 2010

appendix 70.

podchodzę do okna i gaszę świeczki
raz dwa trzy cztery
już cztery smoliste dusze ulatują w stronę sufitu
moja przyłożona kamyczkiem nadziei czeka
na jutro
bo może jutro?
bo może to
do mnie
dla mnie
o mnie
przeze mnie
dzięki mnie?

ja ja ja ja
o kim jest mowa kiedy mówię 'ja'?

wyrocznica.

odprawiam wypominki za minione dni
próbuję odzyskać wewnętrzny spokój
I CAN'T GET NO SATISFACTION
ryczą radośnie z dwóch stron PJ i B
dopalacze... (tfu!) podgrzewacze o zapachu morwy
wwiercają się w serce
kupiłam je ze względu na
to zdjęcie gdzieśmy uciapani morwami
dzisiaj wszystko jest wypominkowe
minęły dwa miesiące odkąd nie patrzę
61 dni bez
twoich
oczu
ust
dłoni
uśmiechu kota z Krainy Czarów
ciebie - najprościej

wszystkie możliwe i kiedykolwiek powstałe wersje heart-shaped glasses dedykuję dziś tobie
i wznoszę toast cisowianką... popijając antybiotyk.