środa, 29 czerwca 2011

appendix 120.

wydaję mi się że nauczymy konia latać.

tytułem tytułu.

te poranki gdy budzisz się z myślą
że świat obraca się szybciej niż zazwyczaj
świat - okrągła bieżnia
w podskokach przez mokre ulice
serce blisko gardła
skompresowane uczucia
szczęście w ampułkach
i jest tak dobrze i jeszcze lepiej
że powoli uspokajasz się w sobie tak że możesz
spać
spaść z nieznośnej huśtawki

pytam się co to szczęście
a ono się śmieje
są takie chwile... ta chwila jest teraz.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

jestem taka mała.

jestem taka mała
że zmieszczę się między
serialem o nas
a telefonem do niej
zawisnę na koniuszku nadziei
zasłonię oczy jak dziecko które nie może doczekać się niespodzianki
będę czekać na przystanku z którego nie odjeżdża już żaden autobus
jestem taka mała
jak ta zielona zapalniczka
która tak łatwo się gubi

appendix 119.

Kobieta to tylko kupka mączki kostnej.
- Elfriede Jelinek

piątek, 24 czerwca 2011

appendix 118.


drop it
it's dead.



[edited & censored by nena, 24 cze 2011, 10:38]

zwijam się.

przykro mi że nie mam serca pojemnego jak przedwojenna wanna
tylko jak naparstek

[edited by nena, 24 cze 2011, 10:37]

wtorek, 21 czerwca 2011

ja jestem tragiczna czy życie jest tragiczne?

tak to powinno wyglądać
gdyby mnie nie zamurowało
z nerwów ze strachu ze zrezygnowania:


- nie dbam o to.
niech mi pani wpisze to ndst.
przyjdę we wrześniu.
o ile dożyję.
wie pani?
myślałam że jest pani człowiekiem
ale chyba się pomyliłam
warzywem też pani nie jest
bo nawet karczoch ma serce!

pisać o tobie.

lubię pisać o tobie
do ciebie
z tobą lubię być
chodzić
zwiedzać codzienność
zaglądać do zakamarków boskich nieświadomości
szukać szczęść w nieszczęściach
biegać za rozumem i nie pamiętać gdzie on tak naprawdę jest
lubię zasypiać i budzić się obok ciebie
zasypywać cię wspomnieniami też lubię
nie odchodź nigdy za daleko
o jedno do widzenia za daleko

poniedziałek, 20 czerwca 2011

popaprane.

Ibsen
L.U.C
kodeina

dlaczego znów budzę się gdzie indziej? przecież zasnęłam w trójkątnej jadącej po przekątnej windzie. popaprane.

halucynenacje

nie jesteśmy dobrzy co nie znaczy wcale że jesteśmy źli.

- kocham cię.
- śpij. bredzisz.

niedziela, 19 czerwca 2011

appendix 117.

Nieustraszony, z kopią w dłoni i odbiciem jedności w sercu, zdobyłem jej wieżę i wyniosłem ją na białe anemonem pole, i w cieniu olbrzymiego lasu pierwszym zbudziłem pocałunkiem.
/Witkacy 622 upadki Bunga/

znów mam gorączkę sienną
i włączony syndrom śpiącej królewny.

skins.


mam gęsią skórkę
kiedy znowu od ciebie wracam.
wrzucam klucze do skrzynki
jak Poświatowska
mam swoje płaskie kwadratowe serce.

oh wow. lovely.

sobota, 18 czerwca 2011

moje włosy pachną czarną porzeczką
smutno mi że prażynki nie chrupią
po trzech dniach nasiąkły wilgocią powietrza
deszcz kapie mi z oczu
wychodzę gdziekolwiek

rok 2001:
Le fabuleux destin d'Amelie Poulain
mama: - to jest film o tobie.

przecież ja miałam wtedy tylko 12 lat.

appendix 116.

jutro nie lubi przychodzić
bo jak już przyjdzie
ludzie nazywają je dzisiaj.
nie lubi tracić własnej tożsamości.
jutro zawsze cierpliwie czeka
i przychodzi pod osłoną nocy
gdy króluje nieświadomość
i gdy może być jeszcze nazwane swoim imieniem.
jutro żyje tak krótko
jutro biegnie jak owady po wodzie
jutro zawsze coś ze sobą niesie
choćby to miała być puszka pandory

lubię jutro.

piątek, 17 czerwca 2011

wielka łapa z kosmosu trzyma mnie za kark.

pseudooptymizm rozlał się po pokoju z siłą tsunami
nie wiem której nitki myśli mam się złapać
beztrosko zwisają z sufitu koślawe wspomnienia
boję się że jak któreś z nich pociągnę niebo zawali mi się na głowę
te powyciągane dłonie które czekają na uścisk żeby rozerwać mi żyły
przesuwam się po pokoju omijając królicze nory
kraina czarów w remoncie
boję się że mogę wpaść nie w te drzwi w które powinnam
tam nie częstują herbatą
raczej winem z kodeiną
boję się że świat straci zarysy
boję się że ja stracę zmysły
boję się że przestanę mieć jakikolwiek wpływ na rzeczywistość
boję się że jak następnym razem zawiesi mi się serce nie da się go naprawić.




na kozetce leżę sobie
myśli unikam
słów też bo słowa lubią ze mnie drwić

pełnia spełnia po raz drugi.

coś zaświtało w głowie i za oknem
kiedy obudziłam się bogatsza o te kilkanaście godzin z tobą.

środa, 15 czerwca 2011

appendix 115. [2]

22:33
- księżyca nie było.

- nie było. mam swoje teorie na ten temat.
[...]
22:48
- widzę księżyc!




wiedziałam.
wybór był prosty: albo ty i księżyc
albo żaden z was

appendix 115.

niebo zachmurzyło się tak jak moje oczy
kiedy powiedziałeś że nie zobaczysz dziś ze mną księżyca.



...i tylko ciemno do obłędu.

czasami wyrastają skrzydła i to bardzo boli.

co znów robię nie tak
nie siak
nie inaczej?
dlaczego mam łatwo mnące się serce
bez żelazka w komplecie?
ciągle gubię kawałki siebie
a przecież nie mam części zapasowych.
turlają się fragmenty mnie
po gołębiej i czterech pokojach.
chcę mieć krem do wysadzenia miasta.
przyrzekam że już nigdy się nie zabiję
potykając się o myśli wyrastające z podziemności.
co znów robię nie tak
nie czarno
nie biało
nie kolorowo?
dlaczego mam głowę która myśli nocą
zamiast trzeźwej o poranku?
ciągle wybebeszam słowa w poszukiwaniu dodatkowych sensów
igły w stogu siana
widły z igły też robię
kute na zamówienie
wbijane w plecy nieświadomych.
co znów robię nie tak?

wtorek, 14 czerwca 2011

na gorącym dachu mojej głowy.

niepokój to kulka pieprzu pływająca w bezgranicznym szczęściu.
albo ją rozgryziesz albo uda ci się ją wyłowić i wyrzucić poza zakres szczęśliwości.

mam wrażenie że serce mam bardziej rozciągliwe od żołądka.
i nie mniej żarłoczne.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

goodnight & go.

przyczyniasz się do powstawania zmarszczek mimicznych wokół moich oczu i ust a mimo to nadal niezwykle (niezwyczajnie) cię lubię.

niedziela, 12 czerwca 2011

home.

klik!

Him: Well there's something I never told you about that night.
Her: What didn't you tell me?

Him: While you were sitting in the backseat smoking a cigarette you thought was gonna be your last, I was falling deep, deeply in love with you, and I never told you till just now.


pożegnał mnie słodki zapach przykościelnej lipy.
mieszanka ziół spakowana przez babcię do pudełeczka (którego zapomniałam zabrać!)
pazurki najdroższej mi kotki pod słońcem plus w pakiecie ząbki tejże wbite w mój kciuk
.

wróciłam.

środa, 8 czerwca 2011

(m)hm.

- and please stop doing that.
- stop doing what?
- looking at me like... like that.
- why not?
- because... because I like it.

(źródło: WCMI - do czytoglądania)



i pomyśleć że
niektórzy nazwą to fikcją.

wtorek, 7 czerwca 2011

ukryte.

serce rozłupywane dziadkiem do orzechów
nie zasnę już dziś
trzymam na barkach twój świat
musisz istnieć
to jedyna rzecz do jakiej cię zmuszam
istniej
bądź
znajdź mnie w ciepłym futrze kota
otwieram twoje okna na oścież
dym ucieka z twojego pokoju
nigdy więcej mgieł
nigdy więcej duszącej beznadziejności
proszę
tego nie robi się 7 czerwca...

boję się.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

z (pół)obrotu sfer niebieskich.

księżyc obrócił się już dwa razy
grawitacja bliska zerowej
przyciąganie planet
kosmos się uparł żeby
zagubione komety się zderzyły

appendix 114.

poparzyłam sobie podniebienie żarem twoich słów.
uwielbiam to piekące przypomnienie że umiemy pięknie [prawdziwie!] mówić.

niedziela, 5 czerwca 2011

piątek, 3 czerwca 2011

popatrz, na drugim końcu świata drgnęło motyle skrzydło.

nocą.

przez życie jadę tramwajem
bardziej zachwycam się sadzą nieba
niż czerwonym ferrari
na skrzyżowaniu z ulicą Klimeckiego
niosę swoje czarne box of desire
dzwonią dwa grosze w kieszeni
wracam po to żeby zjeść kanapki
i powiedzieć sobie dobranoc
wracam po to żeby jutro znów wsiąść w tramwaj
i pojechać jak zawsze w inną niż twoja stronę

czwartek, 2 czerwca 2011

popołudniem.

ze srebrnej nitki ciszy układam twoje imię.

patrz kawka za oknem mruga mi okiem.

rano.

jestem dziś trochę
jak Pipilotti Rist
będę rozbijać szyby samochodów
egzotycznym kwiatem.

środa, 1 czerwca 2011

it's all over.

deszcz burzowy to zawsze płacz z miłości
inne deszcze mogą płakać ze wzruszenia
szczęścia
smutku
rozpaczy
zwątpienia
niepewności
zmęczenia
złości
w burzy zawsze chodzi o miłość