wtorek, 29 grudnia 2009
how much more can my heart take?
bo podobno muzyka zagłusza myśli.
więc głucho w jej głowie
i w sercu cicho-sza.
tik tak
zegar.
niedziela, 27 grudnia 2009
sobota, 26 grudnia 2009
no title
Blue veins.
Blue,
The color of our planet from far, far away.
Blue lips,
Blue veins.
Blue,
The color of our planet from far, far away.
Blue,
The most human color.
Blue,
The most human color.
Blue,
The most human color...
Blue lips,
Blue veins.
Blue,
The color of our planet from far, far away.
wtorek, 22 grudnia 2009
Wesołych Świąt!
a i tak jego macki ściągają mnie pod kołdrę wieczorami.
a w radio Last Christmas - milion skojarzonych wspomnień.
fru!
dégringolade of my thoughts.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
appendix 17.
bo 'swoją' "BrzydUlę" kończy
a w "Majce" statystuje
o czym w środku dnia potrafię snić
nie pytaj mnie
gdy wśród przechodniów nagle staję zamiast iść
nie pytaj mnie
czuję że sama sobie tego nie zmyśliłam
kolejnej z dróg szukając znów
czuję jak w moim sercu rodzi się nadzieja
kolejna już
kolejna z dróg
paranoidelle?
this is no ordinary love.
z racji pogorszenia stanu zdrowia
jestem zwolniona
nie wiem czy napiszę jeszcze COŚ przed Świętami.
ta choroba to czas podsumowań
na które w bąbelkach szampańskiego Sylwestra
i tak nigdy nie znajduję czasu.
poucinałam pewne sprawy
podomykałam klamki
cośtam mnie ominęło
coś było naddane
ale w bałaganie szuflad w moim sercu jest wreszcie miejsce
na jeszcze coś
na SIŁĘ DO DZIAŁANIA
i wiem że może to głupie (ba! napewno takie się wyda większości)
(ale Nena ma taką przypadłość że o 'większość' nie dba...)
ale z końcem historii "BrzydUli"
kończy się moja
ja nie mam z góry ustalonego scenariusza
a i tak idziemy z Ulką łeb w łeb
co w życiu to na ekranie u Brzyduli
co na ekranie to w życiu u Neny
ja muszę złapać swoją ostatnią okruszynę szansy w łapki
i COŚ z nią zrobić...
bo ostatni odcinek już we wtorek...
a mój? pewnie potrwa tylko do końca Świąt
a później znów wystrzelimy w świat
sobota, 19 grudnia 2009
T.U i ad rem
Ty tylko wiesz że jedziesz pociągiem w jedno z tych innych miejsc
mieszkasz tam
studiujesz
bawisz się
Ty nie wiesz co to znaczy KRAKÓW.
dla Ciebie to zwykłe siedzenie w ciepłych przedziałach
i wielki napis Kraków Główny po kilku już godzinach jazdy
Twoja noga nie stała w KRAKOWIE ni minuty.
TY NIE WIESZ CO TO ZNACZY KRAKÓW!
a wczoraj zrobiło się tak bohemistycznie
tak duszno krakowsko
w ad remie.
filozofia dreszczy i kominka
metafizyka wzorkowanych czajniczków
wariactwo zwyczajne
i normalni wariaci
no i początki mojej choroby -
pseudogrypy czy poważnego przeziębienia
czy zapalenia tchawicy
(i dlatego statystowanie mnie ominie...)
i dlatego tak mną trzęsło
w tym w gruncie rzeczy ciepłym miejscu.
cieszę się że mogłam zasmakować wczoraj tego wszystkiego.
daleko idący i miażdżący wniosek który przyszedł po wczorajszym: BŁĘKIT KRÓLEWSKI dalej przyprawia mnie o trzepotanie rzęs. i mruczenie. (uśmiech + ciepłe zadziwienie)
sobota, 12 grudnia 2009
appendix 16.
schizofreniczna żółć krakovska przelała się we mnie.
a ja taka jestem i będę - chełbia wasza wlań świecąca!
wykłady ucz[uci]om.
spotkanie z Piotrem Cieplakiem też.
no i Grzegorza Jarzyny Między nami dobrze jest wczorajszowieczorowe.
z panelu zapamiętała swój śmiech i wyszukane wulgaryzmy Stanisława cytowane raz po raz przez prowadzących.
ze spotkania z Cieplakiem że nie chciał aby Król umiera, czyli ceremonie były jedynie metafizycznym pitu-pitu.
z Między nami dobrze jest - wszystko.
wykłady, ach te wykłady... i ta wybiórcza pamięć ludzka.

... i oddam cię tam gdzie nie sięga pamięć
niedziela, 6 grudnia 2009
nie będę ciebie kochać i już.
dworzec
tor
wagon
przedział
podział
płuca przytknięte do kolan
kolana zmęczone siedzeniem
myśli wyprane rozmazane zaokniem
Lady Nevermore is back to Krakov.
czwartek, 3 grudnia 2009
appendix 15.
o muzyce
kiedyś bardzo dobrze oceniona
wczoraj bardzo mi pomogła
bo dziś - jest dziś
czyli nie-wiadomo-jak.
musique
Czym jest? Wszechmocą, niezastąpionym towarzyszem, cieniem rzucanym przez życie, codziennym cudem. Można wesprzeć nią skrzywione myśli, wyprostować pogięty świat, wyswobodzić się z afektów i wyposażyć w prawdziwe uczucia... Dla mnie, jednak, muzyka to siła do śpiewania ulubionych piosenek, będąc przez trzy godziny wciśniętą w koncertową barierkę. Innym razem to mistyczne doznania niesione przez pieśni sakralne; przez Mszą a-moll Elsnera, Dies Irae Mozarta, Ave Maria Aiblingera... wykonywane przez stu dwudziestu znajomych chórzystów i orkiestrantów. To pieczęć na sercu położona przez rzewne Charlie Charlie nucone marcową nocą w niewielkiej podkarpackiej mieścinie. To również samotność i udręka, długi zimny październik ze smooth jazzem. Norah Jones, Katie Melua, Basia Trzetrzelewska i Matt Bianco – jedyni świadkowie mojej corocznej jesiennej depresji. To oni „prowadzą terapię”. Pozwalają przejść przez most smutków na koniec tęczy, gdzie zaczyna się ta najpiękniejsza, wiosenna radość. Muzyka to niejednoznaczność gestów, niecodzienność słów, świętość! Nieskazitelne piękno – gdy kołysze mnie tak delikatnie sennym głosem wokalistki Husky... Nade wszystko jednak, dźwięk trąbki przejmujący, przeszywający, przewiercający serce, kiedy ktoś gra Ciszę, co nie żałobą, lecz wyznaniem się staje pod wpływem jego oddechu.
Coś jest w trąbce... Odkrywanie jej dźwięków wciąż i wciąż na nowo, to jak znalezienie czterolistnej koniczynki, jak odkrycie potęgi pierwszej miłości, jak morze i czarny piasek w Ostii.
Gdy za oknem trwa rozwiany nieokrzesanym wiatrem i rozmoczony jesienniejącym wręcz deszczem smutny majowy wieczór, aby uleczyć duszę wystarczy posłuchać Chrisa Botti. Urok dźwięków When I fall in love porusza nie tylko serce, ale nawet mokre ściany kamienicy. Botti czaruje, wyławia z człowieczego wnętrza najbardziej pozytywne emocje, jakie tylko mogą się w nim mieścić. Czuję, że nagle zaczyna liczyć się tylko muzyka, znika zewnętrzność, która jeszcze niedawno tak mnie przybijała. Myślę już tylko o tym, jak za pomocą trąbki można odczarować cały świat, jak można zapalić płomień w sercu, tak, że nie wie się do końca co się kocha – czy ten dźwięk, przewyższający inne o sto pięter, czy wirtuoza, który użycza instrumentowi swojej duszy?
Kolejnym „trąbkowym” magikiem jest Arturo Sandoval. Jego wykonanie Mambo Caliente sprawia, że zaczynam pisać, malować, przypominać sobie rolę – dawno zapomnianą i porzuconą. Dźwięki trąbki popychają mnie do przodu, inspirują, podsuwają rozmaite pomysły, pozwalają dotrzeć do sztuki w różnych jej odmianach, pomagają się skupić, skoncentrować, podjąć działanie... Innym razem – wyciszyć.
Jak np. herbata chai chai przyprawiona, słodszym niż miód, twórczym natchnieniem Yanna Tiersena. Smakuje wyjątkowo - nie wiadomo, czy to cynamon czy skrzypce, kolendra czy akordeon ogarniają umysł? Nie wiem, co przenosi mnie w inny świat. Może to kolor filiżanki – niesamowicie wręcz niebieski i smak drażniący język czarnym pieprzem? Może to magia krakowskich kawiarenek, pióra spadające na stół, anielskość Brackiej... Ale najpewniej – Muzyka. Stos odkrywanych dźwięków i melodii. Walc, w który zasłuchana jest Amelie Poulain siedząca na krawężniku...
Muzyka bywa też przewrotna, nieprzewidywalna, sprzeczna, szalona. Choć odrywa mnie od codzienności – przecież sama nią jest, grzeje zimną elektroniką, mrozi karmelową barwą wiolonczeli.
Nade wszystko jednak jest wyzwoleniem od problemów i niepewności. Tam, gdzie jawę przykrywa sen, gdzie noc domyka dzień przypina mi skrzydła i szykuje mnie do lotu ponad normalność, ponad zmartwienia. To najszlachetniejszy narkotyk, który (parafrazując słowa Stanisława Ignacego Witkiewicza o sztuce) jest ucieczką, bez szkodliwych dla zdrowia i inteligencji skutków oraz „katzenjammeru”.
Do dodania pozostało mi tylko to, jak bardzo uzależniam swój świat od muzyki i jak wielu chwil nie zdołałabym zapamiętać, gdyby nie muzyka! Z pierwszego wyjazdu na Słowację pamiętam najbardziej melodię (do dziś niezidentyfikowanej przeze mnie) piosenki grającej w jednym z dwóch barów w maleńkiej górskiej miejscowości. Ileż uboższe byłyby w ogóle wszelkie wspomnienia, gdyby nie były okraszone dźwiękami – raz miłymi, raz zupełnie nie w moim stylu, zawsze jednak mocno zapadającymi w pamięć. I tak jak te melodie, raz są lepsze, raz gorsze – zawsze jednak związane ze wspomnieniem, tak te nawet te najgorsze i najbardziej traumatyczne wydarzenia mają swoją muzykę. Bo, gdzie kończy się możliwość werbalnego wyrażania opinii i uczuć i gdzie nie można w pełni oddać złudzeń i impresji za pomocą pędzla czy ołówka – tam właśnie zaczyna się muzyka. To ona wypełnia pustą przestrzeń między smutkiem a radością, między prawdą a kłamstwem, pięknem a brzydotą. Jest ideałem, który (jak ktoś kiedyś ujął) mógłby w pewnym sensie istnieć samotnie, nawet jeśli przestałby istnieć świat.
Kwintesencją odczuć, które budzi we mnie muzyka, niech stanie się fragment tekstu piosenki pt. Czy słyszysz? wykonywanej przez grupę Husky: Odrywam się od ziemi. Nie mam mapy, patrzę w siebie, żyję w świecie własnej głowy. W głowie – stół, a na stole ciastka dwa, złamane w pół, proszą, by je zjeść. Czy słyszysz? Czy słyszysz to, co ja? Tym pytaniem rzuconym w przestrzeń zakończę swoje rozważania nad magią dźwięków.