wtorek, 1 marca 2011

śnienie.

śniłam się sobie w Warszawie. miejsce z innego snu w którym mieszka moja nieistniejąca ciotka. spod wiaduktu w prawo w stronę brzoskwiniowych ścian. schody. mnóstwo schodów w górę i w dół. na schodach bezdomni pijacy potłuczone szkło i bełkot. ludzie z wózkami. supermarket. kupuję chleb tostowy za 2.78 zł czekoladę i kilka plastrów salami za jedyne 0.18 zł. znajoma dziewczyna. i moje pytanie którędy powinnam iść do akademika? odpowiada zwyczajnie: - obok tych popisanych bloków. kiedy patrzę na nią w milczeniu pyta: - w Krakowie też piszą po blokach, prawda? więc powinnaś wiedzieć. dodaje że pokaże mi miejsce gdzie kiedyś robiła przedstawienia. teraz zbierają się tu żeby palić palić palić wszystko co jest do spalenia. schodzimy do piwnicy po drewnianych schodach skręcających w lewo. - bardzo ładne stoliki - zauważam. - ach! stoliki! stoliki są przecudne! - reaguje jakby widziała je po raz pierwszy.

faktycznie za zakrętem palą palą palą. - proszę sobie palić - mówię kulturalnie i z uśmiechem. i zaczyna się pościg. z nożem plastrem na palcu wskazującym tego palącego z brodą i wsiadają do autobusu. - oni nie dbają o to czy ktoś cię w nim zabije. chodzi o to by był wypełniony. by zgadzał się stan pasażerów - mówi znajoma spokojnie. odjeżdżamy (wraz z napastnikami odgrodzonymi od nas kratą) autobusem prowadzonym przez jedną z harajuku girls nazwaną przeze mnie w napadzie gniewu idiotką.


skok w jawę:

dzwonek do drzwi.

mam gorączkę.

nie mam głosu.

nie wystarczy koców żeby pozbyć się tych mini dreszczy.

i muzyka się dopasowała: klik

poniedziałek, 28 lutego 2011

rozwiązki.

twój związek z użytkownikiem ... zostanie anulowany po zapisaniu zmiany.

jakie to wszystko podle proste
zbieram 10 kg kamienia upadłego z serca
buduję kryptę
- no i co teraz cholerna ślepa Julio?
- co teraz pytasz? radość moja nie jest z tego świata. gdyby radość moja była z tego świata - opowiedziałabym ci o niej.

klik

niedziela, 27 lutego 2011

niemożliwie.

obejrzałam film mr. nobody

nic więcej nie powiem.

appendix 86.

niecierpliwki zakwitły w moim oknie.

piątek, 25 lutego 2011

ach!

elucowy statek faktycznie okazał się być dwuosobowy!

uspokój oddech.
uspokój oddech.
uspokój oddech.
uspokój oddech
głupia
głupia
głupia

czwartek, 24 lutego 2011

dear euphoria.

ja
on
pigułki



ironia losu
I take medicine to FUNCTION (you might say)

środa, 23 lutego 2011

kropka nad I (love you).

z fejsbukowego profilu soap&skin.

z dedykacją
dla Reni za naturalizm serca
dla Gaby za rozsądek serca
dla Kamili za romantyzm serca

klik


I fell in love with you but I know that's just a sky. I don't know where I go.

wtorek, 22 lutego 2011

appendix 85.

poison

(niedługo minie rok
a ja dalej się truję...)

wybuchy w sercu. wyskoczyłam z orbity.

biały styropian sypie się z nieba
świat się kruszy
dostaję skrętu kiszek na myśl o nadchodzącym odlocie z tej planety
elucowy statek wydaje się być dwuosobowy
ktoś z uporem maniaka ściąga pierzynę zapomnienia ze śpiących sentymentów
każe im gnać boso przez zaśnieżoną teraźniejszość
ktoś perfidnie wlewa mi truciznę
przez uszy
oczy
myśli
serce trzasło wezbrana rzeka zerwała falochron
tama pękła z odłamków urodziła kulawą -ość.

znowu. nie mogę.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Nena


she's got the anti-Christ in the kitchen yellin' at her again.
yeah, she can hear that.
and she's just not allowed to handle knives.

piątek, 18 lutego 2011

I can't stand me now.

myślę o podjęciu drastycznych cięć serca.
w kapeluszu Pete'go.
a jakże!

poniedziałek, 14 lutego 2011

um.. so... well... you know... so... whatever. hi, Andy!

przyzwyczajam palce do domowej klawiatury
delektuję się czystym dźwiękiem
o niebo lepszych niż krakowskie głośników
odrywam wzrok od wywiadu z Vrenną próbując hamować drgawki śmiechu
którymi raz po raz wzdrygane jest moje dwudziestojednoletnie cielsko.

wyciągam wnioski które po ostatnich winnych libacjach są zadowalające:
starzeję się i to ze strasznym hukiem
opętana przez Mansona mam same szatańskie zdjęcia
na dodatek Witkacy nie ułatwia mi życia budząc we mnie naturę którą z grubsza nazwać można DEMONICIOUS
zdecydowanie uwielbiam wino i sziszę
zdecydowanie jestem uzależniona od fejsbuka
zdecydowanie nie wiem co dzieje się w mojej główce
zdecydowanie nie wierzę w walentynki
a pijane rozmowy o metafizyce ze świeżą o siedem lat młodszą krwią są tylko potwierdzeniem:
sześćdziesiąt kilo żywego kobietonu jest stare.

i lubi to.

whole humongous. paranoid. scardelicious. lovely thing called love. do porzygu.



walentynkowy manifest. yummy, yummy.
enjoy.

środa, 9 lutego 2011

boo!

jestem kobietą
boli mnie brzuch
razi mnie światło
patrzy na mnie webcam
jestem kobietą
siedzę po turecku
piję kawę po turecku
mielę kawę młynkiem z dawnych czasów
i słodziłabym tę kawę ale nie słodzę
jestem kobietą
słucham wszystkiego co mi się podoba
słucham wszystkich którzy mi się podobają
golę głowę wokoło jak święty antoni
kręcę loki na grzywce palcem
jestem kobietą
wygrałam życie



i wierzę w duchy.

bezczelnie krakowskie piosenki.

wielki z ciebie pan potrzebujesz zmian, stale pędzisz i ciągle cię brak. wszędzie wpychasz nos, nie dbasz o swój los – wolny ptak. twe zwyczaje znam: nie masz serca dla dam, swoją władzę podkreślasz od lat. nic nie dajesz na zawsze, a gdy tylko nie patrzę – biegniesz w świat.
zanim opowiesz jak wiele jest jeszcze przed nami. zanim pogodzisz złych mężów z dobrymi żonami. zanim wyliczysz nam kroki dzielące od celu. pozwól na chwilę odetchnąć i pożyć daj.


gdy zapytam co się stało: powiesz nic. jak zwykle nic. tysiąc razy już pytałam. niepotrzebnie, wiem to dziś. gdzie podziała się królowa? co się stało z asem kier? nawet jeśli czegoś szkoda - to ostatnia z naszych gier. wezmę tylko parę książek i Cockera kilka płyt. drzwi za sobą nie zamykam - boję się, więc zrób to ty.

wtorek, 8 lutego 2011

never more, Nevermore.

wiosenne płaszcze głaszczą wiosenne ciałka krakowskich przechodniów
ja idę znowu sama
znowu pod tę samą górkę
z której zjeżdżam taczkami szczęścia co jakiś czas
powinnam wejść na wawel
stanąć przy barierce
patrzeć na wisłę podzieloną na miliardy maleńkich pikseli
wyrzucić z głowy to o czym tak intensywnie myślałam
siedząc nad kotletem z kurczaka w kokosowej panierce
(będąc jeszcze w domu)

parano.


piękny poranek tego popołudnia.

poniedziałek, 7 lutego 2011

because all that knives is this heart.

przejście pod dworcem znów zaatakowało nakręcanymi szczekającymi pieskami
smrodem starych oscypków i fizjologii bezdomnych
przekupki od butów torebek i niezliczonej ilości bajgli siedziały w futrzanych czapach i grubych skarpetach z zakopiańskiej (a jakże!) wełny
owoc żywota tego miasta - bombonierka słowackiego błyszczała nadsłodyczą
przebiegle przebiegłam między żebraczką łysą opatuloną bez nogi
nie mam nie dziękuję za ulotkę kredyt szkołę języków ludzi i aniołów
świecące sztucznością sople na drzewach pod barbakanem
znicze dla samobójców
z okazji walentynek 14 luty - nie zapomnij o niej o nim o tym że jesteś z kimś w związku
z czym?
przepłucz usta coca-colą z mcdonalda może wypali kłamstwo niedopowiedzenie nie kochanie nie zdradziłem naszej strasznie ważnej dla ciebie tylko i wyłącznie relacji nie utopiłem w wódce wierności która jest przecież najważniejsza tylko i wyłącznie dla ciebie
kupię ci różę na walentynki tą z kiosku na rogu szewskiej bo zwiędnięta ale za cztery złote
tyleś warta patrz jak się wykosztowałem jak pamiętałem bo pamięć bombardowała mnie od dziesięciu przystanków od bronowic do bagateli dziś święto zakochanych dziś kocham cię za cztery złote
pójdziemy więc szybko do tego czy tamtego klubu gdzie głośna muzyka i czerwone ściany pokażę ci miłość opartą o nie w toalecie pokażesz mi czy mnie kochasz bo tylko tak potrafisz - ty najważniejsza i najdroższa nawet nie dla siebie a co dopiero dla mnie
gołębia śmierdziała spalonymi przed chwilą papierosami studentów
weszłam w korytarze uniwersytetu z Józefem Szajną na ramieniu i Kantorem w kieszeni
dziękuję że mogłam wyrzygać tę wiedzę już mi lżej panie doktorze nauki
porzygana więc wracam do domu z różową półsłodyczą wina z wiórkiem kokosowym w ciastku.

obleśny Krakowie, kocham cię.

appendix 84.

I understand what you want. I understand what you need. but I just don't agree! I keep walking round pandemonium alone.

największy paradoks
bycie samą nie będąc samą.
największy bezsens
utrzymywać ten stan.

niedziela, 6 lutego 2011

zabiłam białego królika w biegu.

klik - soundtrack do czytania

planowałam to tak długo a mimo to jestem zaskoczona
wpadł mi pod nogi jak tylko szaleniec potrafi wpaść nagle pod koła rozpędzonego samochodu
zaczerwienione oczy spojrzały na zegarek po raz ostatni
wbiłam nóż prosto między sterczące w przestrachu uszy
białe futro zabarwiła znacznej wielkości plama
"jego krew pachnie jak syrop malinowy" - pomyślałam
i w tej samej chwili zupełnie niespodziewanie zaczęłam unosić się mijając wszystkie rupiecie króliczej nory pozawieszane bezwładnie w gęstym powietrzu
ziemia wypluła mnie na powierzchnię
niestety miałam się tam dowiedzieć że świat poza krainą czarów już dawno przestał istnieć...


klik - soundtrack po przeczytaniu

środa, 2 lutego 2011

mówią że miejsca dla niecierpliwych w niebie nie ma.

"najlepiej było wtedy gdy pachniało deszczem i marzyłam wieczorem. gdy karmiłam gołębie chlebem z karbidem. słuchałam muzyki. upijałam się winem."
brak odpowiedzi na najprostsze pytania blokuje dalszy rozwój myśli
tej najpełniejszej. najbardziej schizofrenicznej. najodważniejszej.
dziwne. ostatnio wyrzucam z siebie tysiące podstawowych pytań.
która godzina?
jak leci?
jak minął dzień?
co słychać?
ja słyszę tylko pusty dźwięk kolejnej spalonej żarówki w żyrandolu.
została już tylko jedna która pazurami trzyma się tego świata
zupełnie jak ja.
kołyszę się unoszona przez wiatr niedopowiedzeń
wiszę na gałęzi rozczarowania
z miłości upleciona gruba pętla.
kolejnej już.
ciszą mnie nie nakarmisz.
uśmiechem nie napoisz.
potrzebuję oddychać twoim słowem.
swoją pewnością.

czwartek, 27 stycznia 2011

*** (na nadgarstku wypisane "LEAVE A SCAR"...)

na nadgarstku wypisane "LEAVE A SCAR"
aż dziw bierze że przez cały dzień się nie zmyło
nie starło
na pył
na proch
na miazgę
niebieska żyła pod skórą i bezczelnie kwiczący napis
tylko tyle
aż za dużo
palce ręki prawej bawią się dużym czarnym cekinem oderwanym z sukienki
ton głosu ciepły
miękki
rozmydlony
uśmiecham się do ciebie przez szklane oko komputera
przez łącza przetaczam trochę gorętszej krakowskiej krwi
przez głośniki słyszę to co ty słyszysz
(prawie jakbyś tu siedział)

od tygodnia nic nowego: chcę cię zobaczyć.
nie! wróć - chce się Z TOBĄ zobaczyć.
bo między tymi dwoma jest subtelna różnica.
z tobą nie śmierdzi sentymentem

- już nie mogę znieść tego dusznego zapachu gnijących wrześniowych liści
samobójczo skaczących z drzew na parkową ścieżkę
- już nie mogę znieść tej suchej kromki chleba z masłem
grzęźnie w gardle
pali piekielną siarką
- już nie mogę znieść kilku słów których nie potrafię wyrwać pamięci
(och, gdyby było tak można!)
jak gwoździe ze ścian
jak serce z piersi
jak nogi niewinnej muszce
(och, gdyby...)

wtorek, 25 stycznia 2011

appendix 83.





zapomniałam że skacząc w przepaść prędzej czy później muszę uderzyć o dno.

znalazłam zdjęcie.

POSTsentyment

REsentyment

PUREsentyment

NEOsentyment

appendix 82.

it's better to push something when it's slipping than to risk being dragged down.
tak pan podpowiada, panie Manson. nie wiem czy można wierzyć komuś z tak jasnym okiem. ten prawie-brak-błękitu wręcz oślepia. jak można zaufać w prawdziwość pana słów?
if you want to hit bottom don't bother to try taking me with you. I won't answer if you call.
tak. właśnie jeszcze tak mi się do niedawna wydawało. choć nie wiem czy wydawanie się można traktować poważnie. przecież powinnam być tego pewna. że wyrwałam ostatnie chwasty myśli. że spaliłam ostatni most łączący sentyment z podżebrzem.
two heartbeats ended in hell. trying to break your fall.
taki koniec jest pewny. tu nie ma wahania. nie ma chyba. nie ma na 50%.

into the fire. bo nigdzie indziej nie chcą naszych odgrzewanych kotletów.

naszych? [sic!]
kiedyś już tak mówiłam...

poniedziałek, 24 stycznia 2011

I should say NO to my memory.

rozdział I - pamięć - nawrót choroby.

wykład nie należał do najciekawszych. Nene chwyciła nowiutki krwawiący czarną strużką cienkopis. na odwrocie spisu lektur do egzaminu zaczęła rysować.

oko pierwsze, oko drugie... falbaniasta spódnica i biała bluzka przynależna grzecznym i szanującym się pensjonarkom. włosy? krótkie. niezależnie sterczące nad zmartwionymi brwiami. kolejne wcielenie panny Nene. nóż w ręku. a nad bezbarwną (choć przecież w domyśle rudą) głową kłębuszek myśli. chmurka ostatecznej porażki.

pan Bezczelny siedział na schodach. zwrócony tyłem. czarna bluza z kapturem. niesforne kosmyki jasnych włosów wymykające się spod kontroli grzebienia... a nad nim kiczowate górskie gwiazdy. kiczowaty księżyc śliniący się pełnią. butelka absyntu. mała biała torebeczka ostatecznego upadku.

upadła gwiazda na chodnik przed żółtym domem.

prezent

środa, 19 stycznia 2011

to się dopiero nazywa smętyment podczas pełni księżyca o 22:27!


to się dopiero nazywa smętyment podczas pełni księżyca o 22:27!

[23:39: edited & cenzored by Nena]

beyond the pale everything is black. no turning back.

sobota, 15 stycznia 2011

yes, you stupefy, parasite.

po prawicy:
otwarty zeszyt w kratę w środku i na okładce. paranoidelle offline na marginesach. studenckie notatki.

po lewicy:
kabelek do telefonu z komputera - do komputera z telefonu - w tę i nazad. taka downward spiral na książce Błońskiego (błogosławionego-boskiego). do licencjatu. i pocztówka z wisielczą panią młodą.

po środku:
skrzyżowane po turecku nogi. laptop grzewczy. how to destroy angels w słuchawkach lewej i prawej.

odurzasz, pasożycie.
dzwonię.
dzwonię.
gadam z sygnałem: 1... 2... 3... 4... zostaw wiado... [rozłącz].
a jak odbierzesz
to święto.
karnawał.





LISTEN TO THE SOUND OF MY BIG BLACK BOOTS.

wtorek, 11 stycznia 2011

twoje drogi, mój drogi.

what have I become, my sweetest friend?
everyone I know goes away in the end.

z zegarkiem w ręku
odliczam pełne godziny
które pozostały mi
z tobą
jeszcze
miesiąc bez jednego dnia
potem
zostanie
rozpacz

wtorek, 4 stycznia 2011

strasznie straszny strach.

piątek, 31 grudnia 2010

2011

oby lepszy
życzę
wam
sobie
jemu
jemu jemu
i wszystkim innym.

tymczasem zbieram się. wieczorem rytualne upajanie absyntem. piołunowanie do nieprzytomności. wkroczenie w rolę sheeny easton i przeniesienie słonecznego miami do podle zimnego krakowa. bye.

wtorek, 28 grudnia 2010

sen.

biegiem donikąd przez pole białych anemonów.
zachlapana neonowymi farbami świecę jak w ultrafiolecie.
wita mnie zapach benzyny i
fluorescencyjny kubizm przedmiotów w mieszkaniu gdzie sufit jest podłogą.

budzę się mokra od niczego
przerażona niczym
zachwycona niczym
z telefonem pod poduszką
pustym jak skorupka wielkanocnego jajka

sobota, 18 grudnia 2010

*** (nie)lubię tęsknić

(nie)lubię tęsknić
(nie) lubię wspinać się po poręczy dźwięku i koloru
(nie)lubię w usta otwarte chwytać zapachu zmarzniętego
(nie)lubię mojej samotności
zawieszoną wyżej
niż most
rękoma obejmujący niebo
(nie)lubię miłości mojej
idącej boso
po śniegu

Haśka - ty świnko! zabieraj swoją tęsknotę
mam swoją wlekącą sanki paranoi po oblodzonej kładce
jeżdżącą między płucami ostrą łyżwą jak po lodowisku
kiedyś przyjdzie odwilż
wiosna wiosen i ciepło wszelkich ciepł
teraz
jednak
muszę
przywitać się z kolejnym tygodniem braków niedostatków zim i zimn

moja tęsknota
bawi się mną jak kot kłębkiem włóczki
moją bajkę przebiła strzała
Thom Yorke powie ci coś na ten temat: klik

piątek, 17 grudnia 2010

absinthe makes the heart grow fonder

śnieg przysypał wszelkie wątpliwości
na środku zaoknia wyrósł bałwan uprzednich uprzedzeń
dwie świeczki o zapachu orzechowego cappuccino drżą
rzucając na ściany cień wspomnień
intensywny zapach teraźniejszości nie pozwala jednak na podróże w czasie
ucho przytulam więc do massive attack
pod rdzawą pościelą chomikuję wszelkie uczucia zrodzone z grudniowego lodu
moje serce wygląda jak to z teledyskowego fotela closer (przyp. aut. nine inch nails)
wznosić modlitwy mi trzeba
żeby pociągi nie były spóźnione
żeby pociągnąć za spust i odstrzelić tęsknocie łeb
bo w sercu nowy sopel lodu który nie chce się stopić.

niedziela, 5 grudnia 2010

too late!

urodziłam nową namiętność
chcę grać.
to dziecko umrze.
udusi się.

za późno! za późno! za późno!

appendix 81.

like warm caramel down my throat...
like slipping on chocolate pudding towards heaven...

nie ma mnie dla nikogo do końca dnia!


sobota, 4 grudnia 2010

szkodnik

wymiecione spod dywanu
pyszczkiem odkurzacza wciągnięte
zaniedbania
boleści siedem i pół

czyste kartki wietrzą się w sercu
wycinanki krwawe spalone
w wieczystym ogniu przemijalności

tej nocy nam nie po drodze
ta zima czystym śniegiem jest
bielą otula czarne płuca jesieni dogorywającej

na rzęsach zawieszam migoczące gwiazdki
na ustach błysk tafli lodu
na głośnikach repertuar zimowy

wróćże człowieku z tego wrocławia bo tak mi jakoś dziwnie...

może po prostu mnie zabij. po cichutku. kulturalnie.
- mikromusic "szkodnik" (sova, 2010)

czwartek, 2 grudnia 2010

appendix 80.

zbieram zakurzoną muzykę
palcem
jak okruszki ze stołu
ziarenka soli
cukru
strzepuję gwałtownym ruchem dłoni nieistniejące pyłki
z jej idealnej powierzchni
słyszana tak niedawno
szybko porzucona
jak kobieta
bosonoga na śniegu
z krwawiącymi ustami
popękanymi dłońmi
zbieram muzykę jak kłębki kociego futra przyczepione tajemną siłą do koca
jak perły rozsypane ze sznura samobójczyni
tańczącej czarne tango czerwoną nocą

(pod dywan zamiatam
mord
autoagresję
zniszczenie
autodestrukcję
okaleczanie
samobójstwa
ostre noże
mocne pętle
piramidę białych tabletek)

muzyka the irrepressibles gra tak intensywnie że pęka mi serce.

deja vu!


deja vu!

on

trąbka

ja

i

inne
kobiety...
(chwileczkę!
teraz to
TYLKO
JEDNA -
Marilyn)

i mam czego chciałam.
i jestem przedszczęśliwa.

wtorek, 30 listopada 2010

żegnaj, najdroższy.


porque te vas (klik!)

gaszę w sobie ostatnią myśl
uspokajam serce
przeprogramowuję przyspieszone tętno
wagon wspomnień odstawiam na bocznicę
pożegnaniem z TOBĄ witam się z NIM...

niedziela, 28 listopada 2010

eraser

dwa 'nowe' albumy nine inch nails
kłują w uszy
retro medalion z zatopionym w różowawym szkle królikiem
dynda na szyi w takt help me I'm in hell
wymazywanie - właśnie tak wygląda

a ja za dwie godziny idę na randkę
z przeznaczeniem?
na pewno na randkoterapię.

erase you.

czwartek, 25 listopada 2010

why don't you love me?


why don't you love me?
tell me, baby: why don't you love me?
when I make me so damn easy to love?

środa, 24 listopada 2010

perfect drug

kieliszek
butelka
ostatnia kropla
ostatnia kostka cukru
zapałka
płomień
zimna woda
łyk łyk łyk łyk
zielona wróżka rozlewa się po żyłach
drogi oddechowe zatyka RADOŚĆ
szczęście?
- jeszcze nie czas
ważne że jest RADOŚĆ

z wieczornych medytacji nad Błońskim (Od Stasia do Witkacego)
z krystalizujących się zagadnień licencjatu
z umierającej jesieni i zapowiadającego zimę zimnego tchnienia zzaoknia
z krzyku pana Trenta Reznora codziennie rano na pętli tramwajowej
z mojego małego świata nieskończenie rozstrzelonej głowy
z mojego wielkiego świata niezwykle ciasnego serca
ze MNIE

kocham siebie z wzajemnością
i jestem od siebie uzależniona
- cóż, perfect drug

wtorek, 23 listopada 2010

appendix 79. (z przymrużeniem oka)



PEŁNIA SZCZĘŚCIA:
Manson w lodówce
Vrenna w wannie





;-)

tell me about your wonderland...

zrobiłam kanapki i owocową herbatę.
resztka absyntu wciąż lśni swoją zielonością na dnie smukłej butelczyny.
pakuję więc i to.
kostki cukru - same serca.
łyżeczkę z otworkami i dwa szmaragdowe kieliszki.
maluję paznokcie na czarno.
oczy też.
usta naturalne - będą pić. jeść. całować. a nie brudzić.
siadam wygodnie przed domem.
nadjeżdża autobus.
Trent, Robin, Danny, James, Charlie...
jest i Chris...

maybe I'm all messed up
maybe I'm all messed up with you
- ciągle tłucze się po głowie

w końcu na miejscu.
znów radośnie taplamy się w błocie na Woodstocku 1994.
leje jak z cebra.
Trent niszczy kolejne gitary.
kolejne mikrofony rzucane w publiczność.
kolejne połamane klawisze.

i tak co wieczór,
tylko ćśś...!
bo wyda się że to tylko...



poniedziałek, 22 listopada 2010

drobne szaleństwo z miłości


z miłości popełnia się drobne szaleństwa
nine inch nails: the downward spiral


niedziela, 21 listopada 2010

appendix 78.



(dziwna miłość panny Neny? ♥.♥)

sobota, 20 listopada 2010

2 a.m.

INTERLUDIUM

scena podzielona na dwie kondygnacje - góra to pokój Nene - stylistyka Krainy Czarów - w kącie stoi kiczowaty różowy flaming, na stoliku z szachownicą leży talerzyk pełen kolorowych cupcake'ów, parapety pełne kaktusów, taborety w kształcie grzybów w fantazyjnych psychodelicznych kolorach. dół - pokój Bezczelnego - czarno-biały, minimalistyczny. na podłodze czarno-biała posadzka typu szachownica, w rogu czarny wieszak, stolik w kształcie sześcianu kryształowy, na nim porozrzucane tabletki, wśród nich jedna czerwona, dosyć duża.

oświetlona góra: Nene stoi przodem do widowni patrząc przed siebie, ubrana jak mała dziewczynka, w czarną rozkloszowaną sukienkę z bufkami i białym kołnierzykiem oraz białe podkolanówki.
słychać jej głos (wrażenie stłumionego, dochodzącego znikąd)

Nene to elegantka - pętlę na szyi wiąże w kokardkę
oczy zdobi kryształkami tearovsky'ego
usta czerwieni krwawiącą namiętnością

wychodzi na spotkanie Panu Bezczelnemu
Nene uważa
że taka spodoba mu się najbardziej.

czerwoną szminką rysuje sobie kreskę na szyi (tak jak się podcina gardło) z uśmiechem na ustach
blackout

teraz oświetlony zostaje dół: Bezczelny stoi przed stolikiem i patrzy na tabletki. podnosi czerwoną, otwiera usta, pozostaje w tej pozie. ubrany jest na czarno. koszula zapięta pod szyję, lecz z niedbale podwiniętymi rękawami.

słychać jego głos (wyraźny, lecz co chwilę poprzerywany jakimiś psychodelicznymi dźwiękami):

Bezczelny znów histeryzuje
jedyne
czego się obawia to że ona naprawdę się w nim zakocha
to dziwne bo przecież powinien się raczej obawiać że to on zakocha się w niej

notuje wszystkie jej małe nienormalności w głowie:
Nene kolekcjonuje bilety z koncertów na których nie była
Nene boi się kiwonów do pompowania ropy naftowej...
do diabła z tym!

zamyka usta, zaciska pięść rozgniatając czerwoną tabletkę. zaciera ręce powoli, patrząc przed siebie, po czym rozkłada je, tak aby było widać, że są czerwone.

oświetlona góra i dół
gra "Full cup of coffee" Tweakera
nic się nie dzieje do końca utworu

blackout

krótka piosenka o rozstaniu.

samotnie spędzę resztę nocy pijąc kawę aż do rana...

serce wzrosło do niemożliwych wręcz rozmiarów
o mały włos a zwymiotowałabym miłością.

tak się cieszę... tak ogromnie się cieszę, że znów mogliśmy się rozstać.

środa, 17 listopada 2010

Nen's adventures in creepy Wonderland.


a teraz niech mnie już Pan stąd zabierze!
zmęczyłam się
karciana krew kapie z noża
czerwone serca
w garści trzymam sierść królika
pod stopą rozgnieciony zegarek na złotym łańcuszku
uśmiech Kota to grymas bólu...

Pan Chris Vrenna
uzależnia
onieśmiela
przeraża
zniewala
a Nena lubi toksycznych mężczyzn

curiouselle.

ktoś poplamił mój biały fartuszek
biegam po Krainie Czarów z nożem
ktoś za to zapłaci

only the insane equates pain with success

Nen's riding a psychedelic curiousel, just listen

wtorek, 16 listopada 2010

appendix 77.

nic nie daje większej wiary w życia sens
że na końcu swojej drogi spotkam cię

nic nie cieszy dziś bardziej
niż utwory do których wracam po latach
odkryte i zinterpretowane na nowo
przemielone przez głowę przy kubku karmelowej herbaty

appendix 76.

recipe for disaster

- noc z piątku na sobotę - sztuk 1
- przyjemne krakowskie podziemie - sztuk 1
- aromat elucowaty - kilka szklanek
- heart-shaped glasses, kolor czerwony - sztuk 1
- blask turmalinu - UWAGA! toksyczny! - najważniejszy składnik - sztuk dwie
- doprawić szczyptą niepewności lub namiętności - do smaku

bon appetit

to się doczekam
po 75 dniach
w końcu

old fashioned morphine.


śmiała się z głupich tytułów
rozpaczliwie egzaltowanych słów
płaczących komiksowymi łzami pań
i ich papierowych rozterek
LOVE STORIES that could happen to YOU!
a potem zobaczyła tę okładkę.

w tle grało:
klik

poniedziałek, 15 listopada 2010

heartagram.


energocyrkulacje - koncert: unikat.
dwa zaproszenia śmieją się do mnie. jedno moje. drugie? też moje.
mogę podarować. jak pocałunek.

idę Floriańską
łykam miejski plankton
plakaty wyborcze
wybiórczo
żółty jesienny liść zatyka mi usta
dusi mnie sznur suszonych jarzębin
koralowe usta przeżuwają wspomnienie
przeżywają
a ty wciąż się tak eks cytujesz!
to nie moja wina że cytowałam twoją eks.
to nie moja wina - wcale nie jestem nieudaną kopią tej nieznanej mi osoby!
po prostu
zgubiłam rozsądek!

niedziela, 14 listopada 2010

nie dajesz mi ze sobą skończyć.

don't break MY heart-shaped glasses.

środa, 10 listopada 2010

alergia na rzeczywistość każe uciekać w fikcję.

SCENA I
(kawiarniany stolik kazimierskiej knajpy.
najlepiej rozegrać to na obrotowej scenie, tak aby widz widział tylko migawki emocji wypisanych na twarzach bohaterów. wrażenie obserwowanych przez przechodniów ludzi w kawiarni. raz widzimy Nene, raz Bezczelnego...)


Nene siedzi noga na nogę, głowa przechylona w stronę prawą, łokieć prawej ręki wsparty na oparciu drewnianego krzesła. Poza niedbała i lekceważąca - system obronny Nene.

Pan Bezczelny siedzi typowo 'po męsku' łokcie wsparte na blacie stolika, dłonie złożone jak do modlitwy, od czasu do czasu nerwowo szarpie serwetkę lub zbiera palcem nieistniejące okruszki ze stolika.

w tle cichutko gra: Skłamałam E. Bartosiewicz

Nene słucha chwilę, patrząc to w podłogę, to znów spode łba na Bezczelnego.

Bezczelny przerywa milczenie, wyraźnie zakłopotany sytuacją spotkania zaczyna:

PB Nene, oh Nene - dlaczego ty nie wierzysz w happy end'y?

Nene odpowiada prawie że mechanicznie

NENE pan się jeszcze pyta? jest pan bezczelny, panie Bezczelny. (ironiczny śmiech przechodzący w złowrogie prychnięcie)

PB skąd możesz wiedzieć co się wydarzy? skąd możesz wiedzieć gdzie nas wywiezie kolej losu...?

nerwowe odchylenie głowy Nene do tyłu powoduje przerwanie wypowiedzi Bezczelnego. teraz to ona nachyla się nad stolikiem patrząc mu prosto w oczy

NENE błagam, tylko bez tych pseudopoetyckich i pseudofilozoficznych banałów. nie wierzę w happy end'y - to ma panu wystarczyć. ach, mogę jeszcze dodać - mierzi mnie to, gdy używa pan zwrotu "my" - bo to abstrakcja. poza tym, wiem co się wydarzy. lejąc kwas do mojego serca zapyta pan: "czy łaskocze?"

PB Nene, jesteś okrutna.

wracając do poprzedniej pozycji

NENE będziemy się teraz licytować kto kogo bardziej rani, niechże nie będzie pan dzieckiem...

blackout

wtorek, 9 listopada 2010

appendix 75.

zawsze wyobrażałam sobie Ofelię jako rudowłosą.

appendix 74.

Planet L.U.C w Pauzie 19 XI

perhaps. perhaps. perhaps. ♥

poniedziałek, 8 listopada 2010

pościg.

biegnę przed siebie
nad Wisłę
pod Wawel
przed siebie
żółta podkolanówka na nodze lewej zwija się aż do kostki
jesienne powietrze zatyka mi nos
oddycham ustami
pracuję przeponą
tym razem to nie śmiech
urywane oddechy jak pociski
depczę gołębie na Plantach
nieokrzesany pęd
rozwiewa mi grzywkę
liście pod stopami
tratuję
bruk krakowski
ciężkie uderzenia butów na platformach
torba w koty skacze na ramieniu
faster, faster!
pogania Biały Królik
wyskakujący z Pasażu Hetmańskiego
trzydzieści ton kebabów kręci się pod słońcem
japońscy turyści w cieniu niemieckich brzuchatych mężów kobiet
biegnę uciekam przed sobą
w biegu chwytam ulotki
ekskluzywna bielizna
obiad 15% studentowi taniej
angielski na raty
klub piwem leje
Poselska
Senacka
pijacka
wylot
zwalniam idę
przecinam
św. Idziego

czekałam tu kiedyś
na ławce
na ciebie
bo powiedziano mi
że kiedyś
tu siedziałeś
z plecakiem
niedbale
rzuconym
na zielonej ławce
ze stalowym wygiętym oparciem
tu
okolice św. Gertrudy
tu
gdzie tak często cię nie spotykam.


Kraków, I love you, but you're bringin' me down.


klik (1:02-1:50)

niedziela, 7 listopada 2010

appendix 73.

patrosząc wątpia internetu natrafiłam na słowa:

ucz się kobiecości ruda szmato!

elektronicowstrząs

be obscene! be, be obscene! be obscene, baby!

tak sobie uwalniam emocje krzycząc do ciebie.
a w przerwach patrzę jak Manson jeździ na świni.

MISSION:COMPLETE

na ringu ustawiam się na przeciw odbicia mnie.
by zmylić obniżam głos nim zadam pierwszy cios.
przegrałam już tysiąc walk czytając z mych ruchu warg
znów studzą we mnie krew wygodnickie lęki.
walczą we mnie lwy. walczy zgraja psów.
moje myśli dziś jak po linie chód.


mogę śmiało powiedzieć
obryzgana krwią zdarzeń
poszarpana nadzieją na więcej
pokryta bliznami sprzecznych znaków

MISSION:COMPLETE


pomimo tego iż wciąż pęka mi serce


koniec końców chciałam tylko tego byś w końcu był tak zwyczajnie szczęśliwy.
skoro jesteś - powinnam odłożyć broń.
powinnam cieszyć się z wygranej.

ile jeszcze będziesz walczyć o dobro świata
kosztem swojego, Neno?

miłość jest ślepym stworzonkiem
nie jest zaraźliwa
gdyby tak było cały świat
stanąłby na głowie


ale przynajmniej byś mnie kochał!

serce wciąż na polu bitwy
nie może pogodzić się ze zwycięstwem głowy


sobota, 6 listopada 2010

you get me closer to God!

wrzeszczę.
właśnie ten wers.
dziękuję.
dobranoc.

appendix 72.

jak to jest kiedy nagle wszystko czego najbardziej się obawiałeś spełnia się?
















Nena już wie

siedzę na brzegu świata i nic nie rozumiem.

Ludzie nie piszą pamiętników dla siebie. Piszą je dla innych, jako tajemnicę, której nie chcą nikomu wyjawić, ale pragną by wszyscy ją znali. Jedynym bezpiecznym miejscem dla twoich myśli jest twoja własna pamięć, której nikt nie może wziąć i przeczytać, gdy ty nie patrzysz - przynajmniej na razie.

(Marilyn Manson, PAMIĘTNIK Z TOURNEE, brak daty)

gdybyś przynajmniej tu zaglądał
wiedziałbyś wszystko
miałbyś podane jak na tacy
jak na talerzu
serce posypane solą wijące się jak dżdżownica
zapach miłości jak zapach mokrej od deszczu ziemi
każe sercu wystawiać się na działanie niesprzyjających czynników
piekącego słońca miłostek innych kobiet
szpiczastego dzioba złośliwych niedopowiedzeń
nieuważnych kroków zahamowań wstydu lęku i obawy

przecież wiesz
przecież i tak wiesz...
ale może gdybyś choć raz to przeczytał...

granda!

udaję że nie widzę
udaję że nie widzę
udaję że nie widzę
a potem robię
A KUKU!
żeby znów się uśmiechnąć
optymistycznie tylko lekko sennie
zatrzepotać sztuczną rzęsą
albo swoją z resztką wodoodpornego tuszu na koniuszkach
z tym błyskiem w oku którego nie mogłeś znieść
właśnie tym
dziecięco zadziornym a jednocześnie demonicznym

to nie ty mijasz mnie szerokim łukiem
to życie nas omija

w czterech smakach
słodki
kwaśny
słony
gorzki

I know you are but what am I?

pytanie dźwięczy w głowie
ha
właśnie o to mogłabym cię zapytać.
potrzeba mi było kilku godzin żeby pozbierać skrawki słów
i zakończyć rozważania pulchniutkim pytajnikiem.

znów budzę się dźwiękiem swojego krzyku
słysząc moja Nena
czyja na Boga, pytam! czyja...?

ta wietrzna pogoda wygina drzewa samobójcą
żeby łatwiej było im sięgnąć nicości
spod kołdry snów wyłania się pustka
niczym jątrząca się rana

tak
wiem że istniejesz
całkiem niedaleko
kilka ulic domów sklepów dalej
kilka kilometrów tramwajowych szyn
dlaczego omijamy się szerokim łukiem?
dlaczego nigdy nie możemy na siebie wpaść ot tak na ulicy
po chleb
bułki
wieczorne alkohole
cześć miło mi zdarzyło się

nie wiem kim jestem - marzenie jednak pozostaje niezmienne:
CHCIAŁABYM ZOBACZYĆ CIĘ CHOĆBY PO DRUGIEJ STRONIE ULICY.

klik

piątek, 5 listopada 2010

nie chciałabym być niegrzeczna, czyli tylko bez komplikacji, błagam!

nie chciałabym być niegrzeczna, ale pozwól, że zapytam...
no właśnie? o co? słowa odkleiły się ode mnie jak stary plaster
odkryły ranę uczucia
blizny dotyku który pasuje do słów jak kwiatek do kożucha
nieopisany nieokreślony
stoję na falochronie
poziom niejasności gwałtownie wzrasta
tłucze o kruszące się ściany świadomości
ale czy to jest warte tego byś ty nie mógł spać?

teraz podejdź bliżej
pod byle pretekstem
rzęsy w oku bliźniego twego
Pod Pretekstem gdzie piłam koktajl z truskawek
pod komendą W11
podejdź bliżej sięgnij
kawałeczek dalej
gdzie podwójne kominy syczą i parują
zamknęła mnie samotność
w wieży XXI wieku
przyjdź
stań na idealnie ułożonej wycieraczce pod moimi drzwiami
nie chciałabym być niegrzeczna, ale...

czwartek, 4 listopada 2010

appendix 71.

Piszemy nie palcami, lecz całą swą osobą.
-Virginia Woolf




- ...ale ja nawet tego buca nie lubię!
- to weź sobie 1/100 z tego co ja do niego czuję, to będzie właśnie "lubię go".

"...a on zamyka mi oczy. Nie. Daje mi parę czarodziejskich okularów i zapadam w sen. Śpię na polu pełnym hiacyntów i jadeitów."

ogarnięta św. spokojem...

...siedzę na podłodze i robię chórki do Beside you in time Nine Inch Nails

środa, 3 listopada 2010

appendix 70.

podchodzę do okna i gaszę świeczki
raz dwa trzy cztery
już cztery smoliste dusze ulatują w stronę sufitu
moja przyłożona kamyczkiem nadziei czeka
na jutro
bo może jutro?
bo może to
do mnie
dla mnie
o mnie
przeze mnie
dzięki mnie?

ja ja ja ja
o kim jest mowa kiedy mówię 'ja'?

wyrocznica.

odprawiam wypominki za minione dni
próbuję odzyskać wewnętrzny spokój
I CAN'T GET NO SATISFACTION
ryczą radośnie z dwóch stron PJ i B
dopalacze... (tfu!) podgrzewacze o zapachu morwy
wwiercają się w serce
kupiłam je ze względu na
to zdjęcie gdzieśmy uciapani morwami
dzisiaj wszystko jest wypominkowe
minęły dwa miesiące odkąd nie patrzę
61 dni bez
twoich
oczu
ust
dłoni
uśmiechu kota z Krainy Czarów
ciebie - najprościej

wszystkie możliwe i kiedykolwiek powstałe wersje heart-shaped glasses dedykuję dziś tobie
i wznoszę toast cisowianką... popijając antybiotyk.

piątek, 29 października 2010

zapatrzona. zasłuchana. na tzw. starych śmieciach.



tak sobie siedzi. grzecznie i cicho.
mała dziewczynka w żółtej piżamce. siedzi. słucha.

nagle krzyczy:

NOTHING COMPARES TO YOU!

wtorek, 26 października 2010

appendix 69.

każesz mi czekać. miłość musi być cierpliwa.
tak tęsknią tylko szaleńcy. duszę rozrywa ptak o kolczastym dziobie.
wszystko wydaje się tak odległe.
gdyby tylko to ode mnie zależało... - powtarzam jak mantrę.

każesz mi czekać. nawet umrzeć nie pozwalasz.
stirb nicht vor mir. tak kochają tylko pomyleni.
serce zatknięte na pal
rozważań
rozczarowań
STRACHU

przychodzisz do mnie każdej nocy
co właściwie mam ci powiedzieć

kochaj mnie albo zabij mnie.

to drugie bolałoby mniej.

a tak? cóż zostaje
o-czekiwanie odbija się już czkawką

wtedy mówię: I know that you exist.
znów tulę sama siebie.

ty MASZ tą pewność że mówię TYLKO do CIEBIE...

więc chodź, namieszam Ci w życiu.

poniedziałek, 25 października 2010

appendix 68.


she's just not allowed to handle knives.

ach! ach!

to był blondyn
to był blondyn
to był blondyn
i wprawdzie Lądek (sic!) Zdrój
nie Londyn
lecz jak Tamiza miał bioprądy...


niedziela, 24 października 2010

o co ci w ogóle chodzi?

płatki bezradności opadają ze mnie
jak z uschniętej róży...
ech!
poezja tak przeszkadza w komunikacji!

mów do mnie normalnie. nie pięknie. normalnie. piękielnie.

sobota, 23 października 2010

the Ophelia(c) in me.



studies show intelligent girls are more depressed because they know that the world can lie.

Doubt thou the stars on fire
Doubt thou the sun doth move
Doubt truth to be a liar
But never doubt
I love
but two o'clock has come again. it's time to leave this paradise. wish I had lipstick on my shirt instead of piss stains on my shoes...

środa, 20 października 2010

czerwone puszki po coca-coli.

patrz.
napatrz się na obłąkaną.
jej oczy płoną.
jej włosy się kręcą.
jej palce niebezpiecznie drżą.
drą powietrze w amoku.
patrz.
niedługo jej tu nie będzie.
rozpuści się we mgle.
zleje z czarną kurtyną nocy.
może napisze ci.
może zdąży przed eksplozją.
'do widzenia, do zobaczenia, do jutra'.
może napisze że naprawdę czuje.
upajający chłód miętowych ścian.
czujność.
bada stopą każdy kawałek gruntu.
może powie ci o samotności kwaśnej jak cytrynowe landrynki.
pociągnie usta błyszczykiem.
przeciągnie ustami po tafli lustra.
potem.
pocałuje ekran zamiast ust.
twoich.
wirtualny policzek nastawiony na uderzenie.
(z) gorąca.

zabierz jej zabierz jej zabierz jej z ręki nóż.
when I first saw you I was deep in clear blue water
the sun was shining calling me to come and see you
I touched your soft skin
and you jumped in
with your eyes closed
and a smile upon your face



jeszcze jeszcze

wtorek, 19 października 2010

appendix 68. (staram się oddychać szeptem)



"ja go nauczę wszystkiego od nowa..."

słodzisz pięć łyżeczek.

jestem filiżanką z herbatą
słodzisz
raz
dwa
trzy
cztery
pięć
łyżeczek cukru
ja nie domagam się więcej
jestem szczęśliwa
że raz dwa trzy cztery pięć słów twoich widzieć mogę

filiżanka z herbatą bardzo chce znaleźć się w twych dłoniach
i przy twoich ustach
tylko tyle
stoi na stoliku i czeka
na raz dwa trzy cztery pięć słodka.

poniedziałek, 18 października 2010

czekając na unhappy end?

trzęsienie ziemi odkładamy na jutro
po co więc było tyle hałasu?
skoro znów tkwię w tej piekielnej poczekalni
z jednej strony wionie alkoholem tanim tytoniem słodką trawą
z drugiej nicością
stoję na bardzo cienkiej granicy
właściwie to jedynie kreska
smużka
łzawa czy krwawa
w sumie wszystko jedno

wypchnij mnie z tego piekielnego pociągu na ostatniej stacji przed miasteczkiem paranoi.

klik

bez happy endu.

piszę scenariusze
jak ja się boję!
dobre dobre dobre najlepsze scenariusze
czarne sine blade śmiertelne sceny
jak ja się boję!
czuję że zbliża się krawędź i nie będę miała gdzie postawić stopy
pozostanie jedynie cofnąć się by żyć lub
runąć w przepaść i rozbić cały swój świat o jakieś twarde podłoże
jak ja się boję!
piszę piszę piszę spisuję scenariusze

SCENA I
Nena stoi przy oknie z kubkiem kawy. Widać że czuje niepokój. Niespokojnie oddycha. Przenosi ciężar ciała z jednej nogi na drugą.

NENA Jak ja się boję! wyrzuca z siebie ciężkie westchnienie

[...]
nikt nie uwierzy mi że tak bardzo mocno ciebie kochałam.

niedziela, 17 października 2010

appendix 67.

zaaplikowałam sobie podróż ponad chodniki
cisza szepcze plącze faszeruje smutkami bez sensu
PRZYPOWIEŚĆ O ZAGUBIENIU W CZASOPRZESTRZENI
szelest szelest szelest
tak cudownie się myśli
nigdy nie myślałam że może być aż tak
sufit podłogą
maszeruję choć leżę
mdleję znów zawęża się pole widzenia ku innym światom prowadzi
wiązka czarnego światła
niepojętą mocą ja jestem na zewnątrz a mieszkanie we mnie
to ja mam ściany miętowe - ono mięśnie i skórę
bije mu serce ja murem jestem.
zawsze warto zapukać do drzwi
pod stopą plastelina podłogi krzesła przechylają się
jest tak miękko tak ciepło
[...]

sobota, 16 października 2010

appendix 66.



a guy like you should wear a warning " it's dangerous "
you're dangerous - I'm loving it
I'm addicted to you - don't you know that you're toxic?

mantra.

moja Nena, moja.

tak to mniej więcej wygląda.




po co słowa po co słowa
kiedy głowa obrazkowa
;-)

piątek, 15 października 2010

makowa panienka.

poczułam ten powiew zmian

nierówny takt serca
wybuch oksytocyny
niemiłosierny ból
dwa omdlenia
nudności

aż się boję.

póki co maki w głowie. maki.

czwartek, 14 października 2010

appendix 65.

dostałam bumerangiem wspomnień po głowie
rozpuszczam magnez w lodowatej szklance
bąbelki uciekają
wciąż wyżej i wyżej
do nieskończonego pst
przypominam sobie ten skurcz łydki
przypomnij mi ten skurcz łydki
przypomnisz mi ten skurcz łydki prawda?
naprężam mięśnie - to się nazywa pamięć fizyczna.

środa, 13 października 2010

tak to widzę.

trwać w uścisku
- tak to sobie wyobraziłam
nasze następne
spotkanie
kochanie
umieranie
jeden wielki uścisk
ja ciebie
ty mnie
nas świat
świat my
trwać w uścisku
porastać trawą
topić się w słońcu
zasypiać pod liśćmi
tonąć w białych iskrach śniegu.
tak to sobie wyobraziłam
na przecięciu szyn
pod komendą policji
na światłach
czerwonych
pod cudzym sufitem
na podłodze nieba
trwać - choćby do wiosny
wiosna przyjdzie przyniesie zmiany
wtedy być może uściśnie mnie pętla
tramwajowa
sznur pereł
lekka apaszka w irysy
za szyję za mocno
prawie tak jak ty.

wtorek, 12 października 2010

appendix 64.



nie rozumiem go ale mimo to kocham go
kocham kocham kocham kocham
no bo kto kocha kocha ma przynajmniej to

obrywam. przyklejam.

jak płatki stokrotki obrywam te nasze półsłówka
KOCHA
niedopowiedzenia
NIE KOCHA
aluzje
KOCHA
niejasności
NIE KOCHA
kiedy nie pasuje przyklejam płatek z powrotem
i tęsknię i mydlę sobie oczy
żeby (było) piekło
żeby było pięknie.

chcę cię znów zobaczyć/usłyszeć/poczuć.

środa, 6 października 2010

appendix bez numeru.


I was perfectly happy killing myself, but then you asked me to try...


wtorek, 5 października 2010

mataforgana.

zimny parapet mieszkania wypełnionego domówką
ulica dymi mroźnym powietrzem
wieszam obłoczki oddechu na przeciwległej kamienicy
gapię się w okna tępym wzrokiem
dzwonię do ciebie
słyszę pocztę głosową
zaczynam pisać
oddzwaniasz

nie mam nic
zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem

a przecież dawno nie było tak dobrze
przecież dawno nie było tak dobrze
bierzemy równo po pół
pół na pół

w przyszłym tygodniu naładuję baterię serca
patrząc ci w nienaturalnie rozszerzone/zwężone źrenice

piątek, 1 października 2010

adios!


adios motherf*cker
głęboki kolor uwięził kostki lodu pod powierzchnią
początkowo rozkosznie słodki smak koi podniebienie
by zaraz wlać się parzącym wrzątkiem w gardło zostawiając ciepły ból
kiedy lód się rozpuszcza cierpkość zostaje złagodzona
na koniec należy tylko pożreć miękkie i słodkie serce - kandyzowaną wisienkę
i odrzucić piękną kwaśną gwiazdę - maskę

piłam za twoje zdrowie
muszę się śpieszyć
żeby móc za nie pić, prawda?