
i tak to mniej więcej jest.
jeden z moich ulubionych filmów Barfuss czyli Leila i Nick plus piosenka Dido Don't leave home.
(u.śmiecham się)
tylko zamknę oczy
zrobię jak chcesz
STRACH
udaję cały czas
tak niezwykle rzadko chce mi się śmiać
STRACH
jeżeli to coś da
fantastyczny pomysł na życie mam
STRACH
ty dobrą radę masz
Sugerujesz "nie" chcę zrobić "tak"
STRACH
przez wielką dziurę w drzwiach
publikuję wszystko - zobacz to ja
STRACH
po cichu wpadam w złość
już nie mogę dłużej patrzeć i stać
STRACH
i znowu szukam słów
by wykrzyczeć wszystko "nie lubię was"
STRACH

jesteś jak chiński urzędnik państwowy
co stemplem odmowy zniweczył mój plan
jesteś jak ojciec co niedzielnym szpondrem
obdzielił wszystkich po równo, prócz mnie
jesteś handlarzem co jabłko z robakiem
i w sińcach mi wcisnął na targu
jesteś rosyjską znachorką
co złych ziół mieszanką wpędziła w chorobę
jesteś napadem szaleństwa chwilowym
co zdarza się w jednej z tych sekund przed snem
jestem wnętrzności rozstrojem
i przykrym migotem zastawek
powieką co drży
jesteś tą nutą z najniższych rejestrów
co wwierca się w umysł głęboko
krwią co wzburzona z impetem uderza potwornym
w mej żyły falochron
a co jeśli to ja?
może mnie nie rozpoznałeś?
a co jeśli to ja?
dźwigam sens którego łakniesz?
zagłusza mnie znów miejski gwar,
czytaj z ust...
a co jeśli to mnie wyglądałeś?
a dzisiaj...
Kraków.
Wiosna.
Tramwaj.
HEY.
Złote kolczyki.
Pendrive z bananami.
a wczoraj...
Kraków sześćdziesiąty ósmy
evviva l'arte / niech sczezną artyści
ból serca pod salą w PWST ( dlaczego teatrologia?! )
i pierwszy dzień wiosny przeniesiony na piątek
i alergia na Plantach
i ciągle więcej miejsc
Senacka 11
i dobrze !
fajka wodna
przymglone oczy
zaćmienie mózgu
kołatanie przedsionków
degrengolada myśli
napływ słów
ubytek siły
ciężkość głowy
nerwowość palców
ból mięśni
nieograniczona niczym tęskność uciekająca z dymem
piosenka kultu sprzed lat
magicznie wspomniana
dziwnie przywołana
niepodobna do rzeczywistości
krakowski wieczór ja cudzy komputer wielki pan internet
nudzi mnie Kraków dzisiaj... boli mnie Kraków...

paranoidelle?

Czym jest? Wszechmocą, niezastąpionym towarzyszem, cieniem rzucanym przez życie, codziennym cudem. Można wesprzeć nią skrzywione myśli, wyprostować pogięty świat, wyswobodzić się z afektów i wyposażyć w prawdziwe uczucia... Dla mnie, jednak, muzyka to siła do śpiewania ulubionych piosenek, będąc przez trzy godziny wciśniętą w koncertową barierkę. Innym razem to mistyczne doznania niesione przez pieśni sakralne; przez Mszą a-moll Elsnera, Dies Irae Mozarta, Ave Maria Aiblingera... wykonywane przez stu dwudziestu znajomych chórzystów i orkiestrantów. To pieczęć na sercu położona przez rzewne Charlie Charlie nucone marcową nocą w niewielkiej podkarpackiej mieścinie. To również samotność i udręka, długi zimny październik ze smooth jazzem. Norah Jones, Katie Melua, Basia Trzetrzelewska i Matt Bianco – jedyni świadkowie mojej corocznej jesiennej depresji. To oni „prowadzą terapię”. Pozwalają przejść przez most smutków na koniec tęczy, gdzie zaczyna się ta najpiękniejsza, wiosenna radość. Muzyka to niejednoznaczność gestów, niecodzienność słów, świętość! Nieskazitelne piękno – gdy kołysze mnie tak delikatnie sennym głosem wokalistki Husky... Nade wszystko jednak, dźwięk trąbki przejmujący, przeszywający, przewiercający serce, kiedy ktoś gra Ciszę, co nie żałobą, lecz wyznaniem się staje pod wpływem jego oddechu.
Coś jest w trąbce... Odkrywanie jej dźwięków wciąż i wciąż na nowo, to jak znalezienie czterolistnej koniczynki, jak odkrycie potęgi pierwszej miłości, jak morze i czarny piasek w Ostii.
Gdy za oknem trwa rozwiany nieokrzesanym wiatrem i rozmoczony jesienniejącym wręcz deszczem smutny majowy wieczór, aby uleczyć duszę wystarczy posłuchać Chrisa Botti. Urok dźwięków When I fall in love porusza nie tylko serce, ale nawet mokre ściany kamienicy. Botti czaruje, wyławia z człowieczego wnętrza najbardziej pozytywne emocje, jakie tylko mogą się w nim mieścić. Czuję, że nagle zaczyna liczyć się tylko muzyka, znika zewnętrzność, która jeszcze niedawno tak mnie przybijała. Myślę już tylko o tym, jak za pomocą trąbki można odczarować cały świat, jak można zapalić płomień w sercu, tak, że nie wie się do końca co się kocha – czy ten dźwięk, przewyższający inne o sto pięter, czy wirtuoza, który użycza instrumentowi swojej duszy?
Kolejnym „trąbkowym” magikiem jest Arturo Sandoval. Jego wykonanie Mambo Caliente sprawia, że zaczynam pisać, malować, przypominać sobie rolę – dawno zapomnianą i porzuconą. Dźwięki trąbki popychają mnie do przodu, inspirują, podsuwają rozmaite pomysły, pozwalają dotrzeć do sztuki w różnych jej odmianach, pomagają się skupić, skoncentrować, podjąć działanie... Innym razem – wyciszyć.
Jak np. herbata chai chai przyprawiona, słodszym niż miód, twórczym natchnieniem Yanna Tiersena. Smakuje wyjątkowo - nie wiadomo, czy to cynamon czy skrzypce, kolendra czy akordeon ogarniają umysł? Nie wiem, co przenosi mnie w inny świat. Może to kolor filiżanki – niesamowicie wręcz niebieski i smak drażniący język czarnym pieprzem? Może to magia krakowskich kawiarenek, pióra spadające na stół, anielskość Brackiej... Ale najpewniej – Muzyka. Stos odkrywanych dźwięków i melodii. Walc, w który zasłuchana jest Amelie Poulain siedząca na krawężniku...
Muzyka bywa też przewrotna, nieprzewidywalna, sprzeczna, szalona. Choć odrywa mnie od codzienności – przecież sama nią jest, grzeje zimną elektroniką, mrozi karmelową barwą wiolonczeli.
Nade wszystko jednak jest wyzwoleniem od problemów i niepewności. Tam, gdzie jawę przykrywa sen, gdzie noc domyka dzień przypina mi skrzydła i szykuje mnie do lotu ponad normalność, ponad zmartwienia. To najszlachetniejszy narkotyk, który (parafrazując słowa Stanisława Ignacego Witkiewicza o sztuce) jest ucieczką, bez szkodliwych dla zdrowia i inteligencji skutków oraz „katzenjammeru”.
Do dodania pozostało mi tylko to, jak bardzo uzależniam swój świat od muzyki i jak wielu chwil nie zdołałabym zapamiętać, gdyby nie muzyka! Z pierwszego wyjazdu na Słowację pamiętam najbardziej melodię (do dziś niezidentyfikowanej przeze mnie) piosenki grającej w jednym z dwóch barów w maleńkiej górskiej miejscowości. Ileż uboższe byłyby w ogóle wszelkie wspomnienia, gdyby nie były okraszone dźwiękami – raz miłymi, raz zupełnie nie w moim stylu, zawsze jednak mocno zapadającymi w pamięć. I tak jak te melodie, raz są lepsze, raz gorsze – zawsze jednak związane ze wspomnieniem, tak te nawet te najgorsze i najbardziej traumatyczne wydarzenia mają swoją muzykę. Bo, gdzie kończy się możliwość werbalnego wyrażania opinii i uczuć i gdzie nie można w pełni oddać złudzeń i impresji za pomocą pędzla czy ołówka – tam właśnie zaczyna się muzyka. To ona wypełnia pustą przestrzeń między smutkiem a radością, między prawdą a kłamstwem, pięknem a brzydotą. Jest ideałem, który (jak ktoś kiedyś ujął) mógłby w pewnym sensie istnieć samotnie, nawet jeśli przestałby istnieć świat.
Kwintesencją odczuć, które budzi we mnie muzyka, niech stanie się fragment tekstu piosenki pt. Czy słyszysz? wykonywanej przez grupę Husky: Odrywam się od ziemi. Nie mam mapy, patrzę w siebie, żyję w świecie własnej głowy. W głowie – stół, a na stole ciastka dwa, złamane w pół, proszą, by je zjeść. Czy słyszysz? Czy słyszysz to, co ja? Tym pytaniem rzuconym w przestrzeń zakończę swoje rozważania nad magią dźwięków.
