środa, 29 czerwca 2011

appendix 120.

wydaję mi się że nauczymy konia latać.

tytułem tytułu.

te poranki gdy budzisz się z myślą
że świat obraca się szybciej niż zazwyczaj
świat - okrągła bieżnia
w podskokach przez mokre ulice
serce blisko gardła
skompresowane uczucia
szczęście w ampułkach
i jest tak dobrze i jeszcze lepiej
że powoli uspokajasz się w sobie tak że możesz
spać
spaść z nieznośnej huśtawki

pytam się co to szczęście
a ono się śmieje
są takie chwile... ta chwila jest teraz.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

jestem taka mała.

jestem taka mała
że zmieszczę się między
serialem o nas
a telefonem do niej
zawisnę na koniuszku nadziei
zasłonię oczy jak dziecko które nie może doczekać się niespodzianki
będę czekać na przystanku z którego nie odjeżdża już żaden autobus
jestem taka mała
jak ta zielona zapalniczka
która tak łatwo się gubi

appendix 119.

Kobieta to tylko kupka mączki kostnej.
- Elfriede Jelinek

piątek, 24 czerwca 2011

appendix 118.


drop it
it's dead.



[edited & censored by nena, 24 cze 2011, 10:38]

zwijam się.

przykro mi że nie mam serca pojemnego jak przedwojenna wanna
tylko jak naparstek

[edited by nena, 24 cze 2011, 10:37]

wtorek, 21 czerwca 2011

ja jestem tragiczna czy życie jest tragiczne?

tak to powinno wyglądać
gdyby mnie nie zamurowało
z nerwów ze strachu ze zrezygnowania:


- nie dbam o to.
niech mi pani wpisze to ndst.
przyjdę we wrześniu.
o ile dożyję.
wie pani?
myślałam że jest pani człowiekiem
ale chyba się pomyliłam
warzywem też pani nie jest
bo nawet karczoch ma serce!

pisać o tobie.

lubię pisać o tobie
do ciebie
z tobą lubię być
chodzić
zwiedzać codzienność
zaglądać do zakamarków boskich nieświadomości
szukać szczęść w nieszczęściach
biegać za rozumem i nie pamiętać gdzie on tak naprawdę jest
lubię zasypiać i budzić się obok ciebie
zasypywać cię wspomnieniami też lubię
nie odchodź nigdy za daleko
o jedno do widzenia za daleko

poniedziałek, 20 czerwca 2011

popaprane.

Ibsen
L.U.C
kodeina

dlaczego znów budzę się gdzie indziej? przecież zasnęłam w trójkątnej jadącej po przekątnej windzie. popaprane.

halucynenacje

nie jesteśmy dobrzy co nie znaczy wcale że jesteśmy źli.

- kocham cię.
- śpij. bredzisz.

niedziela, 19 czerwca 2011

appendix 117.

Nieustraszony, z kopią w dłoni i odbiciem jedności w sercu, zdobyłem jej wieżę i wyniosłem ją na białe anemonem pole, i w cieniu olbrzymiego lasu pierwszym zbudziłem pocałunkiem.
/Witkacy 622 upadki Bunga/

znów mam gorączkę sienną
i włączony syndrom śpiącej królewny.

skins.


mam gęsią skórkę
kiedy znowu od ciebie wracam.
wrzucam klucze do skrzynki
jak Poświatowska
mam swoje płaskie kwadratowe serce.

oh wow. lovely.

sobota, 18 czerwca 2011

moje włosy pachną czarną porzeczką
smutno mi że prażynki nie chrupią
po trzech dniach nasiąkły wilgocią powietrza
deszcz kapie mi z oczu
wychodzę gdziekolwiek

rok 2001:
Le fabuleux destin d'Amelie Poulain
mama: - to jest film o tobie.

przecież ja miałam wtedy tylko 12 lat.

appendix 116.

jutro nie lubi przychodzić
bo jak już przyjdzie
ludzie nazywają je dzisiaj.
nie lubi tracić własnej tożsamości.
jutro zawsze cierpliwie czeka
i przychodzi pod osłoną nocy
gdy króluje nieświadomość
i gdy może być jeszcze nazwane swoim imieniem.
jutro żyje tak krótko
jutro biegnie jak owady po wodzie
jutro zawsze coś ze sobą niesie
choćby to miała być puszka pandory

lubię jutro.

piątek, 17 czerwca 2011

wielka łapa z kosmosu trzyma mnie za kark.

pseudooptymizm rozlał się po pokoju z siłą tsunami
nie wiem której nitki myśli mam się złapać
beztrosko zwisają z sufitu koślawe wspomnienia
boję się że jak któreś z nich pociągnę niebo zawali mi się na głowę
te powyciągane dłonie które czekają na uścisk żeby rozerwać mi żyły
przesuwam się po pokoju omijając królicze nory
kraina czarów w remoncie
boję się że mogę wpaść nie w te drzwi w które powinnam
tam nie częstują herbatą
raczej winem z kodeiną
boję się że świat straci zarysy
boję się że ja stracę zmysły
boję się że przestanę mieć jakikolwiek wpływ na rzeczywistość
boję się że jak następnym razem zawiesi mi się serce nie da się go naprawić.




na kozetce leżę sobie
myśli unikam
słów też bo słowa lubią ze mnie drwić

pełnia spełnia po raz drugi.

coś zaświtało w głowie i za oknem
kiedy obudziłam się bogatsza o te kilkanaście godzin z tobą.

środa, 15 czerwca 2011

appendix 115. [2]

22:33
- księżyca nie było.

- nie było. mam swoje teorie na ten temat.
[...]
22:48
- widzę księżyc!




wiedziałam.
wybór był prosty: albo ty i księżyc
albo żaden z was

appendix 115.

niebo zachmurzyło się tak jak moje oczy
kiedy powiedziałeś że nie zobaczysz dziś ze mną księżyca.



...i tylko ciemno do obłędu.

czasami wyrastają skrzydła i to bardzo boli.

co znów robię nie tak
nie siak
nie inaczej?
dlaczego mam łatwo mnące się serce
bez żelazka w komplecie?
ciągle gubię kawałki siebie
a przecież nie mam części zapasowych.
turlają się fragmenty mnie
po gołębiej i czterech pokojach.
chcę mieć krem do wysadzenia miasta.
przyrzekam że już nigdy się nie zabiję
potykając się o myśli wyrastające z podziemności.
co znów robię nie tak
nie czarno
nie biało
nie kolorowo?
dlaczego mam głowę która myśli nocą
zamiast trzeźwej o poranku?
ciągle wybebeszam słowa w poszukiwaniu dodatkowych sensów
igły w stogu siana
widły z igły też robię
kute na zamówienie
wbijane w plecy nieświadomych.
co znów robię nie tak?

wtorek, 14 czerwca 2011

na gorącym dachu mojej głowy.

niepokój to kulka pieprzu pływająca w bezgranicznym szczęściu.
albo ją rozgryziesz albo uda ci się ją wyłowić i wyrzucić poza zakres szczęśliwości.

mam wrażenie że serce mam bardziej rozciągliwe od żołądka.
i nie mniej żarłoczne.

poniedziałek, 13 czerwca 2011

goodnight & go.

przyczyniasz się do powstawania zmarszczek mimicznych wokół moich oczu i ust a mimo to nadal niezwykle (niezwyczajnie) cię lubię.

niedziela, 12 czerwca 2011

home.

klik!

Him: Well there's something I never told you about that night.
Her: What didn't you tell me?

Him: While you were sitting in the backseat smoking a cigarette you thought was gonna be your last, I was falling deep, deeply in love with you, and I never told you till just now.


pożegnał mnie słodki zapach przykościelnej lipy.
mieszanka ziół spakowana przez babcię do pudełeczka (którego zapomniałam zabrać!)
pazurki najdroższej mi kotki pod słońcem plus w pakiecie ząbki tejże wbite w mój kciuk
.

wróciłam.

środa, 8 czerwca 2011

(m)hm.

- and please stop doing that.
- stop doing what?
- looking at me like... like that.
- why not?
- because... because I like it.

(źródło: WCMI - do czytoglądania)



i pomyśleć że
niektórzy nazwą to fikcją.

wtorek, 7 czerwca 2011

ukryte.

serce rozłupywane dziadkiem do orzechów
nie zasnę już dziś
trzymam na barkach twój świat
musisz istnieć
to jedyna rzecz do jakiej cię zmuszam
istniej
bądź
znajdź mnie w ciepłym futrze kota
otwieram twoje okna na oścież
dym ucieka z twojego pokoju
nigdy więcej mgieł
nigdy więcej duszącej beznadziejności
proszę
tego nie robi się 7 czerwca...

boję się.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

z (pół)obrotu sfer niebieskich.

księżyc obrócił się już dwa razy
grawitacja bliska zerowej
przyciąganie planet
kosmos się uparł żeby
zagubione komety się zderzyły

appendix 114.

poparzyłam sobie podniebienie żarem twoich słów.
uwielbiam to piekące przypomnienie że umiemy pięknie [prawdziwie!] mówić.

niedziela, 5 czerwca 2011

piątek, 3 czerwca 2011

popatrz, na drugim końcu świata drgnęło motyle skrzydło.

nocą.

przez życie jadę tramwajem
bardziej zachwycam się sadzą nieba
niż czerwonym ferrari
na skrzyżowaniu z ulicą Klimeckiego
niosę swoje czarne box of desire
dzwonią dwa grosze w kieszeni
wracam po to żeby zjeść kanapki
i powiedzieć sobie dobranoc
wracam po to żeby jutro znów wsiąść w tramwaj
i pojechać jak zawsze w inną niż twoja stronę

czwartek, 2 czerwca 2011

popołudniem.

ze srebrnej nitki ciszy układam twoje imię.

patrz kawka za oknem mruga mi okiem.

rano.

jestem dziś trochę
jak Pipilotti Rist
będę rozbijać szyby samochodów
egzotycznym kwiatem.

środa, 1 czerwca 2011

it's all over.

deszcz burzowy to zawsze płacz z miłości
inne deszcze mogą płakać ze wzruszenia
szczęścia
smutku
rozpaczy
zwątpienia
niepewności
zmęczenia
złości
w burzy zawsze chodzi o miłość

wtorek, 31 maja 2011

jeśli czegoś nie można zmienić trzeba to pokochać.

dzisiejszy dzień spędzam siedząc w pasiastym szlafroku i narzekając na ból w boku który męczy mnie już od ponad tygodnia. do lekarza nie pójdę. a jakże! nie lubię zapachu przychodni. nie lubię pań w rejestracji. nie lubię kiedy zakładają mi kolejną kartotekę. kartotekę rozkładu mojego ciała. lekarzy też nie lubię. zapytają czy boli. siądą odgrodzeni białym stołem. wypiszą świstek i wyproszą. w końcu twoja choroba nie jest jedyną chorobą na świecie. a już na pewno nie najważniejszą. moje endorfiny rozsypują się na korytarzach przychodni. lecznic. szpitali. wolę trzymać je skumulowane w swoim wnętrzu lecząc się czym popadnie. w domu.





- akceptujesz to że między nami jest tak jak jest, prawda?
- hmm... a mam inne wyjście?
- no... nie.
- no właśnie.

poniedziałek, 30 maja 2011

twinkle twinkle eyes of cat.

dziękuję ci za mruczącego kota camero dzisiaj kiedy dzień śmierdział rozkładem
dziękuję kotu camero za to że cię poznałam wtedy kiedy marzec powoli topniał


SHOWTIME!

niedziela, 29 maja 2011




i tak strasznie nie chcę zasnąć dziś sama.

piątek, 27 maja 2011

I am going to die of loneliness. for sure.

Shelly Love : The Forgotten Circus

zachwyt absolutny.

can you hear the music?

it'll end in tears.

najbardziej boję się umierania na wiosnę
powietrze takie spokojne
pachną nieprzytomnie akacje
codziennie budzi mnie nowy ból
tynk odpada ze ścian

czwartek, 26 maja 2011

refflection znaczy odbicie. odbiło mi.

bo my wszyscy chcemy być od razu
za dorośli
zbyt odpowiedzialni
pozapinani pod szyję
w krochmalonych kołnierzykach
nie wiedząc że w naszej naturze leży zupełnie co innego.

środa, 25 maja 2011

zwiastuny końca świata.

there's something rotten in the state of Denmark.
łamią się drogi pod ciężarem zakrętów
ludzie zderzają się barkami w przejściach podziemnych
najdłuższy kontakt wzrokowy nawiązują czekając w kolejce na poczcie
gapią się na swoje buty zapominając że wisi nad nimi coś wartego uwagi




p.s. dobrze
oddam ci te klucze
choć mi nie ciążą
właściwie jest to jedyna rzecz
która uśmiecha się do mnie
w tej chwili
w moim mieszkaniu

appendix 113.

a gdy już nie mam siły śmieję się do rozpuku

klik

jestem ta która wszystko zniesie.

świat zbuntował się przeciwko mnie.
nie słucha mnie już własna rzeczywistość.
jedynym wyjściem będzie trzaśnięcie drzwiami własnego ja.
zamknięcie wszystkich drzwi do wnętrza.
nie wpuszczanie do środka siebie nikogo i niczego.
każdy odwraca się plecami.
każdy podnosi kamień.
muszę schodzić do podziemia żeby nie kłuć was w oczy.
brzydzę się wszystkim co ludzkie.
brzydzę się wszystkim co moje
brzydzę się światem który oplótł mnie nienawiścią.
opluł gorzką pogardą.
zamykam swoje drzwi.
nie mam siły na tworzenie siebie od nowa.

[wykład z teatru powszechnego dwudziestego wieku, paranoidelle offline]

powietrze.

niebo zasnuło się gęstą pajęczyną chmur
nerwowo palcami przebierają drzewa
przejście na skróty zarosło pokrzywami
słońce stopiło świeczki stojące na parapecie

gdzie jesteś?
gdzie jesteś?
gdzie jesteś?

wtorek, 24 maja 2011

zdarza mi się czasem zapomnieć że istnieję.

siedziałam pod drzewem na parkingu na powiślu
i czekałam na mamę.

przyjechał autobus ze szkolną wycieczką
znad morza
z gór
z bliska czy z daleka
nieważne.
wysiadły pierwsze
wiesz
ten typ podstawówkowych dziewczynek
ubranych w różowe uniformy
z ogromną gębą hanny montany na plecakach
dziewczynki którym do bycia najlepszymi nie brakuje niczego
posiadaczki różowych tiulowych skrzydełek
i tandetnych plastikowego diademów
wysadzanych kolorowymi szkiełkami.
one rządzą swoim podstawówkowym światem.
kolegują się z najfajniejszymi chłopakami
chwalą gadżetami z dziecięcego h&m'u
te dziewczynki tworzą świat
który świeci brokatem
i tęczą ciągniętą przez kucyki ponny...

stanęła trochę dalej
choć ubrana w czerwoną kurteczkę
chciała się schować
nerwowo skubała ramiączko plecaczka z królewną śnieżką
płowymi krótko obciętymi kosmykami na jej głowie bawił się krakowski wiatr
szkoda że przez całą wycieczkę patrzeć będzie tylko w dół
na powybijane kocie łby...

stałam z mamą na wzgórzu wawelskim
opowiadając jej ten obrazek
miała mokre oczy
zupełnie tak jak ja


appendix 112.

nienawidzę tego dnia do tego stopnia że nie robię nic i czekam aż się skończy.

raczej prośba nie rozkaz.


zabierz mnie stąd
wyrwij z objęć tego obojętnego dnia
wywieź mnie gdzieś daleko
zamknij mi oczy
być może na zawsze

'cause even roses are blue.

poniedziałek, 23 maja 2011

"I feel empty. I am so fucking empty. I don't know who I am."

JOY Ekipy telewizyjne mają w sobie coś kojącego, kiedy sobie wyobrażę, że to wszystko tutaj to tylko epizod w serialu telewizyjnym, od razu czuję się lepiej, bo seriale dobrze się kończą, zawsze, przede wszystkim w telewizji żadne pytanie nie pozostaje bez odpowiedzi, a żaden problem bez rozwiązania, źli umierają, a dobrzy jakimś cudem zawsze odnajdują jeden drugiego. A tego przecież nie da się powiedzieć O TYM CHOLERNYM PRAWDZIWYM ŻYCIU ALBO JAK KURWA TO COŚ SIĘ NAZYWA, tu wszystkie pytania pozostają niestety bez odpowiedzi, bohaterowie wciąż się zmieniają, ostatecznie człowiek traci kontrolę nad całą akcją, żadna z postaci nie ma jasnego, zrozumiałego motywu, ma się wrażenie, że wspólnie oglądamy scenę, jak popadamy w obłęd, nikt niczego już nie rozumie i NIE właśnie że ludzie NIE odnajdują się ponownie, rozstają się, jeszcze zanim w ogóle się spotkają, a ich życie opowiada im pięćdziesiąt tysięcy różnych historii, których oni nie rozumieją i w które nigdy nie są w stanie wejść do końca. [...] Wszystko musi być proste i zrozumiałe bo inaczej uruchamiają się procesy wymykające się spod kontroli. W życiu chodzi przecież o to, żeby było jak najmniej komplikacji i żeby po prostu przez chwilę móc funkcjonować tak, żeby nie wpędzać od razu wszystkiego i wszystkich w obłęd. To by był cel!

„Joys World – a world of Joy”

JOY Kocham cię

TOM To słowo na K. Zaczynam się bać.

Joy śmieje się.


Richter Falk Electronic City

myślę (jak) JOY
cut.

czy świat kończy się pod lewym żebrem?

who will you trust? all your facebook friends will be dead by this time.

chodzi mi po głowie ten urywek
chodzi i
zastanawia
zasmuca
zasnuwa
zamartwia

mam ostatnio obsesję
na punkcie słów zaczynających się
na taką samą literę/sylabę.

bo czyż to nie zastanawiające że
przypadek i przeznaczenie
mają wspólne prz?

appendix 111.

wyję.

za trudno.
za długo.
za krótko.
za mało.
za dużo.
za szybko.
zbyt wolno.
za zimno.
za ciepło.
za późno.
zbyt wcześnie.

poukładaj mnie.

niedziela, 22 maja 2011

myśleć o tobie o tej porze to grzech
zawsze jednak najbardziej rozczulasz mnie o poranku.

sobota, 21 maja 2011

Ofelia zwiała z klasztoru rzygając na przystanku lini numer 50.

spośród wszystkich kolorów włosów upodobała sobie rude.
wiedziała że to zły wybór.
średniowiecze ochrzciło ją wiedźmą
czasy współczesne... chyba jeszcze gorzej.

dzień apokalip[s]y - pomyślała wychodząc ze swojej norki.
niebo mrużyło łzawe oczy.
skrzywiła się w gorzkim grymasie.
zmarzła w stopy przepływając w trampkach przez torowisko.
podbiegła do krawędzi świata namacalnego.
zwiała z klasztoru niemożliwego.
wyrzygała rzeczywistość na przystanku linii numer 50.
i westchnęła - bardzo tandetny jest twój scenariusz drogi Boże -dławiąc się własną naiwnością.

you're nowhere near ready.

maybe I shouldn't be so sure about who I am.
maybe there's a parallel world where everything is different.
the sun is shining at night
and the moon is hangin' on trees
pretending he doesn't want to be seen.
the stars are to heavy so they fall down
making so many sharp mountains down here
just by their arms fixed in the ground

coffee is always too cold
and sweets are not as sweet as tears
I lie there
and I lie to you
that you haven't ever meant anything
I lie to myself
you're just my imagination
my wicked dream
my blood buzz
my heart tingle
my soul twist

or maybe I'm just what I am
and nothing will ever change
we get on like a house on fire
and for sure
I can love myself just as much as I hate myself.

po koncercie depresyjnych kobiet.

ja dobrze umiem tylko czekać i tęsknić
do niczego innego się nie nadaję
jestem człowiek życiowo nieużyteczny w ogóle.

ale za to
jestem
wszystko
w wyrażeniu
mimo wszystko

czwartek, 19 maja 2011

there's only enough for one in this lonely hotel suite.

księżyc cienieje.
jeszcze przedwczoraj pełnia wisiała w powietrzu
aż było ją czuć wzrokiem.
studenci nie próżnują
impreza goni imprezę
ktoś krzyczy za oknem
ja w przyciemnionym świetle malejącego księżyca
siedzę i słuchając zero 7
czekam.

still in the waiting line.

moje idealne mieszkanie mieści mnie i moją samotność
więcej nie trzeba
można tylko wzruszyć
ramionenami.

his life slipped into me.

when someone comes into your life and half of you says: "you're nowhere near ready". and the other half says: "make her yours forever".
dobrze mi z tobą.

środa, 18 maja 2011

appendix 110.

...a pełnia spełnia.
słowo u p o k o r z e n i e nie należy do moich ulubionych.

wtorek, 17 maja 2011

alles neu!

jeden z tych dobrych poranków.
zimne powietrze wdziera się do domu
przez otwarte na oścież okno.
w kuchni pachnie smażonym jajkiem.

zakorzeni[ł]am się tu.
dobrze mi
w tym małym centrum mnie
na brzegu miasta.

alles neu!

poniedziałek, 16 maja 2011

feel good inc.

śniąc na jawie przesypiam najlepsze chwile swojego życia.
i dobrze mi z tym.

niedziela, 15 maja 2011

5:00 a.m. wake up call.

biec.
na pętlę.
do całodobowego pod Słowackim.
do tunelu na pięćdziesiątkę.
zrobić ci śniadanie.
kawę.
położyć się obok ciebie
jeszcze na sekundkę.
pożegnać się.
(ode)spać.
jak twoje klucze na moim stole.

klik

piątek, 13 maja 2011

appendix 109.

Linkklik
pobiegnę
poboczem
powoli
potrącę
powiew
powietrza
powielam
powieści
postmodernistyczne
pomiędzy
pokojem
polem
pokraczne
potrzeby
postulaty
pojedynczej
postaci
powiedziałam
poczekam
pozostanie
potem
pościel
pot
post
pompuję
pojęcia
potajemnie
podświadomość
podbija
podkrążone
powieki

blogger wrócił.

blogger wrócił zjadając ostatni post:
o zakochanych
śpiących na ławkach jak bezdomni
(dziś jestem z dala od wylęgarni uczuć)
o granatowym niebie
(dziś jest już inne
cieniowane
góra: modry
dół: rozcieńczony bielą cyjan)

ciarkach na plecach
(dziś tylko nerwowy tik prawej powieki)
ersatz
(pozostał)

JA TYLKO NIE CHCĘ ŻEBYŚ UCIEKAŁ NA MÓJ WIDOK

był też klik
ale dziś będzie inny:

klik

był też cytat
ale dziś będzie inny:

lover, put me in your beautiful bed

środa, 11 maja 2011

nicconiejestmiobce.

księżyc zatoczył koło a czas wciąż się zatacza.

NIWEA

...idę i złą miłością wszystko brudzę sobie.

appendix 108. [2]

oddaj!

wtorek, 10 maja 2011

appendix 108.

oddam.

miły młody człowiek.

usta włóż mi do ucha
i mów szczelnie
łaskoczące rzeczy
mów do środka do mnie


jutro koncert - NIWEA w RE



wczoraj w wersjach roboczych: odwróciłeś mi świat do góry nogami a ja nie umiem chodzić po suficie.

poniedziałek, 9 maja 2011

lacrimosa.


dona eis requiem, amen.

all the prayers.

obudziłam się w umiarkowanie nijakim nastroju
najpierw z apteczką przybiegł św. spokój a konkretniej jego piętro
lecz prawdziwy święty czekał na mnie wieczorem
czekał i postawił przede mną pannę A.
a właściwie posadził na szkolnych schodach.
panna A. wiele rozumie
panna A. czuje podobnie
panna A. uratowała mój wieczór.

mam wyostrzone zmysły
umysł otwarty na przestrzał
serce jak gąbka

przypomniała mi rzeczy o których powinnam pamiętać
ja wam jeszcze pokażę.
czy
ja czuję podwójnie.
czy
zawsze byłam druga. żyłam na drugim planie swojego życia...

w szkole zagrano Lacrimosę z Requiem Mozarta.
prawie na dobranoc.

w drodze do domu uświadomiłam sobie że życie potrafi uśmiechać się jak Kot z Cheshire
czy w maju może cię spotkać coś lepszego? - zapytał plakat na przystanku.

krew wrze
śnieg topnieje na ustach
to był dobry dzień.

appendix 107.

nie wiem czego potrzebuję.

hide & seek

Jedną z najprostszych ludzkich potrzeb jest mieć kogoś, kto zastanawia się, gdzie jesteśmy kiedy nie wracamy wieczorem do domu.
a jeśli nie wrócę dziś?
kto szukać mnie będzie?
ściana lewa czy prawa?
oczodoły okien?
komoda nie pobiegnie na swych krzywych nogach
sprawdzić czy nie leżę pod kamieniem na poboczu
krzesła patrzą zdumione (tworzą niezłą parę)
po co im do nie-szczęść kolejna osoba?
lodowatym wzrokiem zmierzyła mnie lodówka
ośrodek zimna moich obaw nie zrozumie.
wyjdę więc
nikt nie zauważy że nie wróciłam na noc
może tylko łóżko stęsknione dotyku...

niedziela, 8 maja 2011

appendix 106.

by ohmygod


[po trzecim edicie treści tego appendixu doszła do wniosku że zamieści tu /znów/ cudzy obrazek który jakoś dziwnie się pod jej paluszki napatoczył i urzekł /tym razem/ prostotą]


trochę nieidealnie.

then:
śpi kot śpi my
- pełnia szczęścia, co?

and morning lullaby

now:
twardo ląduję na tej gorszej ziemi
gdzie samotność szczuje psami
truskawkowe światło w przedpokoju wita
smutno głowy pospuszczały żurawie...




sobota, 7 maja 2011

appendix 105. (Diablak)

– Skąd tyle pesymizmu u takiej młodej, atrakcyjnej dziewczyny?

– Mój pesymizm nie ma nic wspólnego z moim wyglądem.

– Na pewno ma pani rację. Tak mi się tylko powiedziało. Szkoda, że nie chce pani zdradzić swej historii. Może kiedyś?

– Nie jest to coś, co można opowiedzieć. Ja z tym muszę żyć, już zawsze.

– Mówi pani jak największy zbrodniarz, którym pani na pewno nie jest.

– To jest taka wina bez winy i w dodatku nie moja – albo moja jedynie w pewnym złowrogim sensie.

dobij mnie dobitnie.

z pociągu. przy stoliku barowym w warsie. 4 maja 2011:

x: (...) tylko którą półkulą ty jesteś?
nen: no właśnie ciężko powiedzieć... hm...
x: (przerywając) chociaż z drugiej strony... kto powiedział że mózg można dzielić tylko na półkule? przecież można go przeciąć na połowę również w tym drugim kierunku.
nen: masz rację. na to nie wpadłam...


miałam kawałek swojego Diablaka
powinnam częściej podróżować TLK
w warsie albo w wagonach pierwszej klasy
częściej opowiadać
odpowiadać
ludziom

zanim zajrzą do cuchnącego rozkładającym się mięsem i krwią przedziału rzeźnika
który w uśmiechem na ustach i toporem w ręku przerobi każdego z nich na rozdział miniony
przebrzmiały
były
nadający się tylko do recyclingu wspomnień na bloga.

piątek, 6 maja 2011

z endo co to rysowała nene grała w kalambury.


podwójnie
podwójne nie
podwój nenę
podwój nenie nie
podwój mnie.

spóźnia się.

za dużo motyli
żołądek odmówił posłuszeństwa
organizm zareagował zbyt nerwowo
gorączką

spóźnia się czas w którym miałam być szczęśliwa
przecież to maj
maj takich rzeczy nie robi
nie odkłada na później uśmiechu...

- pocałuj mnie.
- teraz?
- a kiedy? jak będę stara?

poniedziałek, 2 maja 2011

very funny, mr. Freud. very funny.

śniło mi się że jestem tobą.
tęsknota mnie zagryzie.

piątek, 29 kwietnia 2011

appendix 104.

don't leave me alone
standing here for ever
hoping you how ever
I'm a little girl
boiled into a mature
little piece of work

so if you see me
so if you see me
just smile

błogosławieństwo.

while watching the royal wedding…

mam zbyt ciasno zasznurowane trampki by móc zostać kopciuszkiem.

plus taki sobie klik

w poszukiwaniu jakichkolwiek wzruszeń...

czwartek, 28 kwietnia 2011

optymalny optymizm.

wzięło mnie na te wszystkie ballady romanse kawałki kulki muzyki końca lata
i przypomniało mi się jak czekałam na peronie na pociąg którym wiedziałam że nie przyjedziesz
że już przyjechałeś wcześniej a czekałam sobie bo z samego czekania dobrze mi się robiło.

appendix 103. (Łaknąć)

Gdybym mogła uwolnić się od ciebie ale nie musiała cię stracić.
- Sarah Kane

środa, 27 kwietnia 2011

nudno do obłędu.

jadę przez urojone miasta.

męczę i dręczę dramat feministyczny.
on męczy i dręczy mnie.
uczciwa
/uczuciowa?/
wymiana.

gdzieś uciekło mi pół dnia o pięknej dacie.
czekam na małe trzęsienie ziemi. na mrugnięcie ogromnych powiek.
moja rzeczywistość ziewa. lekceważy chaos i destrukcję. lekceważy bunt języka.
moja rzeczywistość leży jak kot na kaloryferze.
rozkurcza łapkę żeby pokazać pazurki.

wtorek, 26 kwietnia 2011

urodziny.

zagryzam wargi ale w oczkach szczęście.
nowy czarny telefon i nowe pulchniutkie smsy.

niedziela, 24 kwietnia 2011

destination: wieś na ka.

aparat.
zwykły do robienia zwykłych zdjęć.

łąka.
zwykła do brodzenia w zwykłej trawie.

ja.
zwykła.
tęskniąca.

utrwalająca.

czwartek, 21 kwietnia 2011

znowu na huśtawce.

nawet nie chcę myśleć ile razy musieliśmy się minąć żeby w końcu się spotkać!

a i zobaczyłam te zdjęcia.
i śmiałam się.
bo bardzo mi kogoś przypomniałeś.
może kiedyś ci opowiem.

środa, 20 kwietnia 2011

it's gonna be a bright beautiful day.

czasem warto zrezygnować z najpiękniejszych snów o 5:55
żeby dzień był udany
cieniowane niebo parzy w oczy
patrzę na siebie w lustrze i jest mi z tym dobrze
nie zmieniłam się i zmieniłam się tak bardzo
martwienie się na zapas nie ma najmniejszego sensu
tylko noce takie niespokojne
poranki przynoszą ukojenie
wciąga mnie czarna dziura kubka z kawą
niesłodzoną a słodką
od myśli wspomnień westchnień czy raczej westchneń

oh wow lovely.

wtorek, 19 kwietnia 2011

appendix 102.

wygrzebane z bebechów internetu:

- nie chce mi się żyć.
- wiem. zawsze byłaś leniwa.

śmieje mi się.

;-)

30 raz

w kuchni znów pachnie smażonym jajkiem
kubek z kawą stoi w tym samym miejscu w którym zostawiłam go rano
za oknem zmieniają opony
wciąż z letnich na zimowe
z zimowych na letnie
na gorące

spis ludności zaklasyfikował mnie jako przedstawicielkę rodzaju ludzkiego.
a moje m do mieszkań a nie kurników.
jestem w szoku
.

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

sypie się popiół na moją mogiłę.

appendix 101.

było tak niemożliwie nam.
nasączałeś mnie pewnością jak likierem biszkopt.

nasączyłeś mnie jak gąbkę dziś goryczy octem.

niedziela, 17 kwietnia 2011

to już nie to samo, prawda?

nie będę pytać czy coś się stało.

historie nawijam jak spaghetti na widelec
widelec pamięci.

piątek, 15 kwietnia 2011

więc zostaniesz ze mną jednocześnie zostawiając mnie samą.
dobrze zrozumiałam?

żegnaj.

twoje konto zostało zdezaktywowane

aby ponownie uaktywnić swoje konto zaloguj się używając swojego starego adresu e-mail logowania i hasła. po ponownym uaktywnieniu konta będziesz mieć możliwość korzystania z serwisu w taki sam sposób jak przed zamknięciem konta.

mamy jednak nadzieję że wrócisz do nas wkrótce.


no to fejsbuk jest chyba jedyną osobą która jeszcze ma nadzieję.

czwartek, 14 kwietnia 2011

nigdy o miłości.

ach. jak ja nic nie mówię.

wtorek, 12 kwietnia 2011

mhm.

boję się
tak bardzo się boję
ja sobie nie wyobrażam
nie wyobrażałam
jak bardzo będę się bać

Najgorszy jest lęk przed czymś, czego nie można nazwać. Na lęk bez imienia nie pomagają nawet strzykawki.

poniedziałek, 11 kwietnia 2011